Czarny PR ma jak żaden inny miesiąc w roku. Wiadomo dlaczego, nikt nie lubi zimna, pluchy, szarówki o 16 i bezwzględnego końca ciepła. Już nie piękna złota jesień, a jeszcze nie psychodeliczny zielono-czerwony i choinką pachnący grudzień. Zawieszenie w szarości, zapach zniczy i wosk na palcach. Śmierć i koniec. Koc i ciepła herbata. Zatrzymanie. Zamyślenie. Konieczność refleksji. Czas w roku, który trzeba przeżyć albo od którego można się odbić jak już to przeżycie się powiedzie. Mało kto lubi w listopadzie osiąść i mu pozwolić zrobić swoje, raczej traktuje się go na przetrwanie. Mnie listopadowy czas zatrzymuje jak w szklanej kuli, tylko nie ma w niej sztucznego śniegu wirującego w płynie wokół choinki a różnokolorowe wspomnienia utopione w szarości coraz krótszego dnia. Zmierzam się. Co roku muszę się zmierzyć.
