wtorek, 11 kwietnia 2017

Do wesela (sic!) się zagoi

Po ostatniej historii nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ja i A. stanowimy dla własnych dzieci największe zagrożenie... A to było tak: B. przed rotawirusem, z temperaturą ok 39 zwija się cały dzień w napadach, lecą wlewki, koncentrator, kolejne dziesiątki różańca, wyczekujemy chwili ocucenia po wlewce i przed kolejnym napadem, bo już 19.00, leki dalej nie dane a im dłużej nie dane tym znów większa szansa napadu. B. siedzi w kuchni (w sumie "siedzi"", bo wisi), wszystkie trucizny gotowe a tu nagle jeb,znów napad i sina, piana z buzi i kolejne epi-piekło robi się w przeciągu kilkudziesięciu sekund. My, jak roboty - dziecko do pokoju, na bok, wlewka, tlen, ambu (czy jakoś tam, kolejność jest przypadkowa, bo co kto pierwszy złapie), pulsak na palec i akcja trwa. Nagle wchodzi zaskoczona Mniejsza ze strzykawką Blanki w dłoni i słowami na ustach "Ale niedobly ten sylopik"...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Żelazna i petinimid w natarciu, czyli co tam słychać u naszej padaczki

Dalej mi czarno na duszy, zwłaszcza, że (a w zasadzie - bo) z Blanką dość ciężko ale zjadłam całą czekoladę z oreło by donieść w maksymalnie pozytywnym tonie, iż w naszym epi-centrum wiosenne poruszenie. Żelazna powiedziała "Spróbujmy, co nam szkodzi!" więc od soboty B. bierze czwarty lek na epi. Na razie szkodzi nam tyle, że drugą dobę zawodzi jak wilk do księżyca zamiast spać (pełnia się zbliża, więc też nic dziwnego). No i z tym całym petinimidem wiąże się parę przygód które były naszym udziałem przez ostatni tydzień. Ale grunt, że się coś dzieje a człowiek porzucając swój instynkt samozachowawczy zaczyna znów naiwnie wierzyć. Że to właśnie TEN lek, który pomógł Blance (a nie tylko zaszkodził) i, że latami będzie wymawiał jego imię z największym namaszczeniem opowiadając wnukom jak to babcia Agata wbiła palec w oko rettowi. No do rzeczy.