Na wstępie muszę uściślić kilka rzeczy, bo poprzedni wpis w wielu z Was wzbudził duże emocje. I słusznie, bo to właśnie miał uczynić, na pewne rzeczy nie można pozostać obojętnym. O tym jak jest nam dobrze i cudownie w tym kraju to można posłuchać na Jedynce, ja natomiast będę pisać o tym jak jest naprawdę. Po pierwsze więc - owszem, nie ma potwierdzenia, że dziecko było niepełnosprawne a matka popełniła rozszerzone samobójstwo, a sprawa, do której się odniosłam jest nadal przedmiotem pracy prokuratury. Ale tego typu zdarzenie nie jest wyjątkiem; to się zdarzało, zdarza i zdarzać będzie, że matka za siebie i dziecko zdecyduje, że dłużej z niepełnosprawnością już żyć nie dadzą rady. O tym właśnie był poprzedni wpis a punktem wyjścia - historia z dramatycznym rejsem po Bałtyku. Po drugie - B. i ja jesteśmy bezpieczne, tak przynajmniej mi się wydaje. Przetrwałam regres i to co mi zostało po nim, więc zakładam, że przetrwam też resztę. Jest jednak pewne "ale". Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono, sama osobiście mam wrażenie, że życie z niepełnosprawnością mojej córki sprawdza mnie codziennie. Mnie i tysiące czy miliony innych kobiet. Bądźmy czujni, słuchajmy a nie tylko radźmy, próbujmy pomóc, albo po prostu być, towarzyszyć, wziąć na klatę część bólu - o tym właśnie był poprzedni wpis.
Teraz do rzeczy. Kolejka do lekarza. Kwintesencja polskiej empatii, życzliwości i tolerancji. A niech mnie!

