poniedziałek, 22 maja 2017

Macierzyństwo - bilans zysków i strat

Dlaczego taki temat? Trochę bo zaraz Dzień Matki (jestem, specjalizacja podwójna: rett i bunt dwa- i trzylatka), Dzień Dziecka (też jestem, jedyną córką, pewnie nie do końca idealną) oraz dlatego, że jak coś napiszę, to łatwiej mi według tego postępować. I nie przestać wierzyć, że wiem co robię i robię słusznie. 
Decydujemy się na bycie matką (czasem los decyduje za nas) i na tym się w zasadzie kończy cała przewidywalność. Im mniej miałyśmy oczekiwań tym lepiej, bo mniej rozczarowań i frustracji nam grozi. Jak ma się wbite w głowę, że będzie jak w reklamie; ładnie, mleko-płynąco i puchato to zgubienie różowych okularów może nas kosztować zdrowie psychiczne albo i życie. Najważniejsze, żeby potem mimo wszystko wstać i spojrzeć na sytuację innym okiem - okiem, które nie oczekuje konkretnych rozwiązań tylko wskakuje do tej rzeki i daje się ponieść. Właśnie tak robię. 
Miało być trochę inaczej; stado dzieci, równo wystrzyżony trawnik i pies oraz dom jak z beverly hills, no a wyszło jak wyszło. Mam retta, idealną córkę nr 1 i idealną córkę nr 2 i całkiem niegłupie życie, mimo wszystko. I kropka. Żadna z nich mnie w niczym nie rozczarowała i nigdy nie rozczaruje, rozczarować może los ale nie dzieci. A jak mimo tych górnolotnych założeń jest inaczej to jako matki jesteśmy w dupie... Bo to wszystko nie jest wcale ani łatwe ani skazane na sukces.

wtorek, 16 maja 2017

A nocą gdy nie śpię...

W dzień jestem w stanie oszukiwać się całkiem skutecznie. W nocy już nie. Napady Blanki wróciły, głowa zaakceptowała prawdopodobnie nowy niemiecki syrop na tyle, by powrócić na swoje elektryczne tory. Jeszcze parę dni temu wierzyłam, że to chwilowe, że pogoda, że coś. Ale prawda jest taka, że epi-piekło znów stoi przed nami otworem... Siedziałam wczoraj po kilku napadach nad Nią przez pół nocy, drugie pół nie mogłam zmrużyć oka. Jak zwykle.

niedziela, 7 maja 2017

Gdzie jest granica intymności?

W McDonaldzie. A, że ja jestem beton w myśleniu o pewnych kwestiach, to zajęło mi chyba z 8 lat, żeby zrozumieć, że Blanka w miejscach publicznych nie je. Po prostu. Nie i kropka.
Ojciec myśli i mówi tak - nakarmię Ją w samochodzie/ w wózku / gdzieś gdzie ludzkie oko nie sięga a potem idziemy jeść a Ona siedzi i patrzy.

czwartek, 4 maja 2017

Jak?! MORZE tak!!!

Trochę się u nas działo, może nawet trochę za dużo, więc nie pisałam, bo ciężko mi było nawet usiąść na dupie i ogarnąć myśli. A, że nawet moja rodzona mami dopytuje, czy ja ten blog już zamknęłam na kłódkę to jestem. Jeszcze z piachem w trampkach, wiatrem we włosach i nowymi siłami - prosto znad morza! Udało się, mimo, że jedna kaszlała, druga smarkała i wszystko jakby się sprzysięgło, żebyśmy nie wyjechali. Ale przechytrzyliśmy przeznaczenie, i to w wielkim stylu, bo przechytrzyliśmy też pogodę! Pięć dni z jednym popołudniowym deszczem, piękne wiosenne słońce, zapach morskiego wiatru, pogodowy błogostan. Za te wszystkie lipce z opadami z całego roku i te sierpnie z zimowymi kurtkami. Haha! Brawo my :D

wtorek, 11 kwietnia 2017

Do wesela (sic!) się zagoi

Po ostatniej historii nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ja i A. stanowimy dla własnych dzieci największe zagrożenie... A to było tak: B. przed rotawirusem, z temperaturą ok 39 zwija się cały dzień w napadach, lecą wlewki, koncentrator, kolejne dziesiątki różańca, wyczekujemy chwili ocucenia po wlewce i przed kolejnym napadem, bo już 19.00, leki dalej nie dane a im dłużej nie dane tym znów większa szansa napadu. B. siedzi w kuchni (w sumie "siedzi"", bo wisi), wszystkie trucizny gotowe a tu nagle jeb,znów napad i sina, piana z buzi i kolejne epi-piekło robi się w przeciągu kilkudziesięciu sekund. My, jak roboty - dziecko do pokoju, na bok, wlewka, tlen, ambu (czy jakoś tam, kolejność jest przypadkowa, bo co kto pierwszy złapie), pulsak na palec i akcja trwa. Nagle wchodzi zaskoczona Mniejsza ze strzykawką Blanki w dłoni i słowami na ustach "Ale niedobly ten sylopik"...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Żelazna i petinimid w natarciu, czyli co tam słychać u naszej padaczki

Dalej mi czarno na duszy, zwłaszcza, że (a w zasadzie - bo) z Blanką dość ciężko ale zjadłam całą czekoladę z oreło by donieść w maksymalnie pozytywnym tonie, iż w naszym epi-centrum wiosenne poruszenie. Żelazna powiedziała "Spróbujmy, co nam szkodzi!" więc od soboty B. bierze czwarty lek na epi. Na razie szkodzi nam tyle, że drugą dobę zawodzi jak wilk do księżyca zamiast spać (pełnia się zbliża, więc też nic dziwnego). No i z tym całym petinimidem wiąże się parę przygód które były naszym udziałem przez ostatni tydzień. Ale grunt, że się coś dzieje a człowiek porzucając swój instynkt samozachowawczy zaczyna znów naiwnie wierzyć. Że to właśnie TEN lek, który pomógł Blance (a nie tylko zaszkodził) i, że latami będzie wymawiał jego imię z największym namaszczeniem opowiadając wnukom jak to babcia Agata wbiła palec w oko rettowi. No do rzeczy.

poniedziałek, 27 marca 2017

Nie-moc i bez-rad

Nie udadzą mi się autoironiczne żarty na początek, bo zgodnie z ostatnimi trendami - nie udaje mi się nic. Wysiadam. Odpadam. Zębami rysuję nasz drogi parkiet z paneli z lerła. 
Zaczynam źle widzieć... Nie widzę jak się śmieją, tylko jak wyją godzinami albo jak kładą się na glebę jakby niekupienie bułki pszennej było nieodwołalnym końcem świata. Nie widzę jak się cieszą, za to jak plują mi żarciem w twarz widzę jak sokół wyraźnie.