Który to już raz przerabiamy?? Nie mam pojęcia. Ale nie lubię. B. cierpi, bo ma małego albo nawet dużego głoda. Wyboru jednak nie ma, nasza żelazna neuro postawiła nas pod ścianą mówiąc w ekstazie "Ni ma napadów, rzucamy jeden lek!" Także ten. Trzeba było. Ale na początek kilka suchych faktów i uściślenie.
"Nie ma napadów"
Że nie ma napadów (a tfu tfu tfu, na psa urok, na kota urok, tfu!!!) to mocno na wyrost, fakt jednak, że napadów ze śmiercią duszącą za szyję n.i.e...m.a. (ja tego nie napisałam, nie powiedziałam ani nie pomyślałam nawet, niech mnie Matka Boska Elektryczna uchowa ;)
Dawno, dawno temu byłam z malutką B. na oddziale. Na łóżku obok leżała taka już prawie nastoletnia dziewczynka (miała może ze 12 lat, wtedy mi się wydawała prawie dorosłą babą przy tym moim małym, klepiącym reciątku), którą opiekowali się na zmianę rodzice (bo mieli drugie małe dziecko w domu, więc zmieniali się rotacyjnie). A jak się "leży" to jest czas więc trochę ich obserwowałam, trochę rozmawialiśmy a oni szokowali mnie na każdym kroku. To był znak, że jeszcze wtedy siedziałam po jasnej stronie mocy, byłam jednym z normalsów a oni byli rasowymi świrami. Czesali swojej pryszczatej pannie kitki na środku czoła i śmiali się, że wygląda jak Brit a jak pierdnęła to śpiewali razem "Ups I did it again" a ja z zażenowania gryzłam pazury i odliczałam minuty kiedy będę mogła przestać płakać i biec za ordynatorką błagać o choćby okruchy dobrych wiadomości...
Był sobie taki wierszyk: "Czasem pogadałby człowiek sam ze sobą. Ale gdzie tam! Ja mu pytanie a on mi dwa." (J. Borszewicz, "Mroki, fragm.) I co? Żeby to były tylko dwa...
Jestem z jedynaczej natury samotnikiem, który, mimo tego lubi się czasem z kimś spotkać. Pogadać, złapać dystans, przejrzeć się w czyiś myślach albo usłyszeć własne słowa. Człowieki tak mają - lubią w innych człowiekach przeglądnąć się czasem jak w lustrze.