Kiedyś gryzłam się boleśnie w język, potem olewałam a teraz odpalam możliwie najbardziej jadowitą ripostę. Im mniej śpię tym ona mniej błyskotliwa, ale cóż. Grunt, że jest. Poniższe mądrości powtarzają się okresowo z różnych ust i stale, wciąż i niezmiennie powodują, że włos na dupie mi się jeży. It's a final countdown, zaczynamy!
5) "Ty to masz pecha"
To to było a propos sytuacji, że Mniejsza też uczęszcza na reha. Czyli matka zapindala na Bobatha z dwoma, jedna z rettem, druga z asymetrią ale generalnie - karta stałego klienta. No takie dzieci, taki pech, taki los.
Chcę spać. Przysięgam, nic więcej, tylko spać. Nie obchodzi mnie cena jabłek, przeboje z PKW ani kiedy kupić choinkę. Mój organizm macha desperacko białą flagą błagając o zasrane (nieprzerwane i niezmącone niczym) chociaż 5 godzin snu... Mam dość. Jakby nie było spanie to podstawowa funkcja fizjologiczna organizmu i bez tego długo się chyba nie da.
Jakby to było wczoraj... Wszystkie wspomnienia z tamtego dnia są we mnie nadal bardzo żywe, mimo, że tak dużo się zmieniło. Uśmiech na Twojej buźce jest cały czas tak cudny jak zawsze; gdy śmiejesz się Ty, śmieje się cały nasz świat. Nie pachniesz już jak dzidziuś ale Twój zapach jest wciąż najpiękniejszy jaki mogłabym sobie wyobrazić. Tak dużo musiałaś przejść, tak wiele bólu przydzielił Ci los jednak nie znam silniejszej kobiety od Ciebie. Dziś mija sześć lat odkąd urodziłaś się Ty i odkąd ja urodziłam się jako Twoja mama.
Zawsze (to znaczy trzeci rok z rzędu) gdy przychodzi listopad i zaczynają napływać pieniądze z 1% robi mi się tak dziwnie na sercu... Bardzo to wzrusza i dodaje niesamowitego kopa, bo przecież żeby uzbierać jakąś sumkę dla Blanki, jej imię i nazwisko w zeznaniu PIT musiało wpisać nie kilkadziesiąt, nie kilkaset a nawet kilka tysięcy ludzi! I każdy z nich pomógł. Realnie pomógł nam i naszemu dziecku walczyć każdego dnia z jej paskudną chorobą. I to jest właśnie niesamowite.
Dzisiaj w nocy wyszło mi uszami... Zwlekłam się rano (o 4.30) po jakiś 2 godzinach snu z myślą, że jeszcze jeden pieprzony termin, data, godzina, rzecz do zrobienia na już, kolejna zaległa z wczoraj i oszaleję! Kalendarz już nie przyjmuje, mój mózg tym bardziej. ZA-DU-ŻO!!!
Wstał nowy dzień, słonko świeci (gdzieś tam za chmurami) a obiadu nie będzie. Nie będzie też odkurzonych podłóg jak również zrobionego prania. Wszystko się rozpieprzy, bo matka osiągnęła punkt krytyczny. W jej mózgownicy zapaliło się czerwone światło, które mówi, że jeszcze 50 rzeczy na liście do zrobienia i jedyną pasującą odzieżą stanie się kaftan bezpieczeństwa.
Wyjaśnienia tej zagadkowej historii medycznej nie powstydziłby się chyba nawet dr House (nie mylić z dr Hałsem, mistrzem sztuki orzeczniczej, ten by przepisał polopirynę, 3 razy dziennie). Początek całej zagadki ma miejsce w zeszłą środę (przypominam - wszystkiemu winna pełnia). Przybywam do poprawczaka i moim oczom ukazuje się B. z jedzeniem w dzióbie i atakiem w toku. Sinieje w kilkanaście sekund, ja rzucam się po ambu i przywracam ją w miarę szybko do życia, sama nie zesrawszy się przy tym ze strachu w gacie.
I jest chwila spokoju, człowiek zaczyna żyć a dziecko siedzieć i śmiać się, padaka śpi a tu nagle - zjazd. Od dwóch dni dramat, napad za napadem, bezdech za bezdechem, niedotlenienie na porządku dziennym, ambu (vel oddychacz) pracuje na full, koncentrator tlenu to samo... I co się stało, że było dobrze i znów taka dupa?Odpowiedź pojawiła się po zmroku - noc a wszędzie jasno... Pełnia. Strzeżcie się.
Fundacja, w której zbieramy 1% oznajmiła mi (i pewnie kilkudziesięciu tysiącom innych matek i ojców) niedawno na piśmie, że wydatki refundowane z 1% będą kontrolowane o wiele bardziej restrykcyjnie a wszystkie te mające na celu "poprawę warunków socjalno-bytowych" będą rozpatrywane w drugiej kolejności. Może to i słusznie, o zdrowie przecież chodzi. Nie mogę w sumie narzekać na tą Fundację, bo naprawdę pomaga, refunduje zakup leków, sprzętu, rehabilitacji całkiem sprawnie. Ale jakoś znów poczułam się trochę jak żebrak i wyłudzacz...
Patrzę na to małe (Mniejsze) stworzenie i nie mogę oprzeć się jednemu wrażeniu... (No może poza tym, że jakie one obie ładne, po mamusi). Dopiero z tej perspektywy widzę jaką drogę przeszłyśmy, by być w tym punkcie, w którym jesteśmy teraz. Ile wzlotów i upadków mamy już na koncie, ile łez radości i rozpaczy musiałyśmy wylać...