...kiedy niby wszystko gra a nie gra nic. Pozornie świat pędzi tak jak codzień, ale jakoś poza mną. Poza nami. Staje w miejscu i dręczy... Płacz zaczyna trwać wieczność, czas śmiechu skraca się do sekundy a my trwamy w bezruchu... W płaczu, niepokoju i smutku. W śmiertelnie poważnych oczach Małej...
Są takie dni... Kiedy wszystko przychodzi z trudem. Ciężko nawet oddychać, i to wcale nie od upału. Każda czynność wydaje się męczącą koniecznością, która trwa i trwa... nie przynosząc ani satysfakcji ani jakiejkolwiek radości.
Uwielbiam... Od lat, bo wakacje nad morzem (z wyjątkiem roku, gdy Blanka była "w drodze") to stały i konieczny punkt w rocznym planie "things to do". Taką złośnicę jak ja, wkurza nad Bałtykiem milion trzysta dwa czterysta rzeczy; od WC klasy "PKP" za 3 zł, przez słońce zachodzące nie wtedy gdy by wypadało, po muzę walącą ze straganów z cudami i wiankami tak, że od poziomu decybeli każdy normalny ssak wpada w dezorientację.
No to gramy w retta. Cel gry samej w sobie jest jasny i łatwy - trzeba pokonać recisko w jak największej liczbie leveli, samemu nie ginąc marnie gdzieś po drodze. Jest też zakładnik - słodkie i ukochane dziewczątko. Jedyny problem jest taki, że ów gra nie ma zasad... Kto sobie zasadę wymyśli - ten licząc na dobre efekty, ją stosuje, żeby podciąć obcasy drugiemu. Kto techniki przechytrzania chytrusa nie wymyśli - ten dupa. I tak o, jak już zaczęliśmy grać to gramy; game on i ni ma odwrotu. Retto-dżu-mandżi. Zasad nie ma, kto sprytniejszy ten wygrywa, ciosy poniżej pasa mile widziane.
Temat trudny, długo też zastanawiałam się czy aby nie za intymny do publicznego "poruszania"... Ale cóż, poruszamy wszystko, najwyżej padnę ofiarą moherowych bojówek, albo, co gorsza, tych, którzy mają misję nawracania zagubionych dusz... Ze mną może być trudno :)
Więc toteż zatem dlatego... Moją relację z Najwyższym zawsze traktowałam przede wszystkim jako..."relację". Czyli układ, związek, który angażuje obie strony, i w którym obie dają i biorą z nieprzymuszonej woli. Nie powiem, że jak równy z równym, bo ja z pozycji mrówki, a On z góry i po zęby uzbrojony w uzdrawiającą, kojącą i sprawczą wszechmoc wszechświata.
Dobra, obiecałam ciut od retta we wpisach się oddalić, zatem dziś o książce, którą zabrałam ze sobą na wakacje. Mowa o "Ościach" Karpowicza i przyznam, że to najlepsze co ze sobą na te wakacje zabrałam, no może poza Blanką ;)
Dopiero jedna trzecia lektury za mną, ale już zdążyłam połapać się, że ta książka jest mega! "Ości" to powieść o... no właśnie. O ludziach? Życiu? O stereotypach, innościach, słabościach i wielu wielu innych "-ościach". Nie za wiele ze studiów pamiętam, ale jeden mechanizm ludzkiej głowy tak. Mianowicie, zdając sobie z tego sprawę lub nie, nasz mózg szufladkuje... Kategoryzuje, układa, podciąga rzeczywistość pod jakieś konkretne kategorie, ramy. Innymi słowy, ciągnie rzeczywistość za uszy pod stereotypy. Działa to tak: "rodzina" = mama + tato + dzieci, "miłość" = kobieta + mężczyzna itd.
Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, po co mi ten "nierealny" wirtualny świat internetu... Co sprawia, że w nim czuję się czasem lepiej niż w tzw. realu? Kim w nim jestem? Odpowiedź, choć gorzka, przyszła dosyć szybko. Jest wkoło mnie parę osób, dla których moja obecność na tej ziemi zdaje się ograniczać do bycia matką Anioła. Do tworzenia tła dla tej pięknej i uroczej Królewny. Jestem tylko czynnikiem zapewniającym jej wikt i opierunek, lekarzy, zabawę i wszystko czego do życia potrzeba.
Ks. Twardowski, jeden z niewielu przedstawicieli kleru, których nie skreślam za samo "pochodzenie", ba! - nawet podziwiam, jest autorem jednego z moich najukochańszych wierszy... Jak to z nie-częstochowską poezją bywa, zapewne rozumiem go maksymalnie w połowie, jednak, z jakiś przyczyn, te kilkanaście wersów jest mi tak bardzo bliskie...
Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotykać aby się ominąć
bliscy i oddaleni Jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
To jest według mnie w rett-życiu najgorsze... Pamięć. Całkowita amnezja w tym wypadku byłaby chyba autentycznym zbawieniem... Bo wspomnienia wciąż tak bolą. Boli dusza, serce i ciało...
Coroczne wakacje nad morzem zawsze prowokują mnie do podsumowań. Co się zmieniło, co przyszło, co poszło... Patrząc w te dzikie i niezmienne fale, chcąc niechcąc - podumowuję, porównuję, wspominam... I wtedy pojawiają się te okrutne "A pamiętasz jak...?". Na tej samej plaży, z tym samym szumiącym i spienionym morzem jako świadkiem, Mała chodziła tak sprytnie po grząskim piasku, grzebała i nakładała piach do wiaderka... Potem był regres, morze widziało małą zagubioną dziewczynkę, która nawet nie potrafi spojrzeć w jego stronę, mimo, że rok wcześniej robiła to tak naturalnie...
Wczoraj był dzień świstaka... Piętnasty w tym tygodniu,bo przedszkole ma wolne, więc jest lekki hardcore. Mimo, że ja dosyć kreatywna, to wczoraj już nie wiedziałam co czynić, żeby Lady była zadowolona. Park ciągle zielony, więc nuda, w Lidlu nas w końcu security wywali za nachodzenie, łażenie po osiedlu i dręczenie moherów swoją ciekawą osobowością też już nudne, a działka pochłonięta przez komary... Wyszłam na dwór i jakimś cudem wpadłam na genialny pomysł! Jedziemy na miasto autobusem, a co, niech państwo-miasto płaci nam za przejażdżkę komunikacją miejską.
Milion "Dlaczego??", "Czemu?" i "Po co?". Wykrzyczane, wyszeptane, wylane z morzem łez i przyprawione setkami bluzgów... Pół owłosienia wydarte z głowy, obłąkanie z powodu braku satysfakcjonujących argumentów, szloch i zgrzytanie zębów. A odpowiedź jedna, niezmienna, bezwzględna i ucinająca wszelkie opcje dalszych negocjacji: "BO TAK!". Ewentualnie: pytanie "Dlaczego?", odpowiedź "Bo.". I kropka. I koniec. I dupa.
Wygląda to tak: "Blanka postój chwilkę sama, mama już do Ciebie wraca, zrobię tylko picie do butelki i już jestem, jedna minutka… BAM!!! Łeeeeeeee, już już ciiiichutko, wszystko dobrze, mama ucałuje"
"Stój Blanusia, DUP!!! Łeeeeeeeeee! Dziecko, przecież Cię trzymałam… Cichutko, już już ciiiiiii…"
"Chodź idziemy, daj rączkę, no, nóżka… JEB!!! Łeeee!!!!!!!! "
"Blanka! Uważaj! Próg! BAM!!! Łeeeeeeee…" itd.