***
Poniższy wpis przerabiałam chyba ze 3 razy żeby miał bardziej optymistyczny wydźwięk, ale wychodziła mi jakaś pseudo-uśmiechnięta historyjka o recie ze szczęśliwym zakończeniem. Więc dałam sobie spokój, nie będę pajacować , przynajmniej nie na tym blogu. O :)
***
Wczoraj, dosłownie wczoraj trzymałam Ją pierwszy raz na rękach a ona zjadała mi pierś w poszukiwaniu mleka. Dzisiaj patrzę na Nią i widzę pryszczate dziewczę, które patrzy pożądliwie na moje sukienki sprzed paru lat w rozmiarze XS. A jutro? B. na tarasie, w wiosennym słońcu, taka spokojna i szczęśliwa. I wtedy ostra jak nóż myśl przeszywa mi zwoje mózgowe. "Czy zdążę?". Czy Ona zdąży się tym nacieszyć, czy my nacieszymy się Nią...
To nie było tak, że przyszedł TEN czarny i brzydki dzień, kiedy Ona nagle nie stanęła już na nogi a ja gorzko zapłakałam, że to już koniec i kropka. Bo przychodziło stopniowo, z każdym miesiącem sadzając Ją coraz bardziej stanowczo na tej małej dupince, na której już zostanie 4 ever.
Najpierw mała retrospekcja.
- B. ma rok i jest w wieku, kiedy człowieka nogi niosą i człowiek się na nogi pcha choćby nie wiem co. Przynajmniej zdrowy człowiek, bo B. wtedy, mimo, że udawała zdrową, to jednak swoich kończyn dolnych używać nie chciała. Każda próba postawienia kończyła się podkulaniem nóżek i siadem na pupie.
Bierność i brak inicjatywy. Skąd? Od retta? Nie wiem... Wydawało mi się zawsze, że tak, mimo, że A. w każdej nerwowej sytuacji powtarzał "Widzisz, wszystko robimy za Nią to nic nie musi, nawet nogi Ci potrzymać w górze jak walczysz żeby ubrać Jej skarpetę"... Nie chciałam w to wierzyć, wolałam myśleć "Nie może, to dupek rett". Ale teraz, im jest starsza i im mi technicznie trudniej tym wyraźniej widzę, że rzeczywiście nie wymagając od Niej kompletnie nic - nawaliłam.