W sumie od samego początku wiedziałam, że ten nasz rett to nie jest wcale żadne byle gówno i, że zaadaptować to do życia nie będzie łatwo. Jak B. była mała to niewiele wiedziałam o tym co będę mogła robić, co będę chciała robić ani tym bardziej co mi (nam) się uda robić w tym życiu. Jednak wiedziałam, czego zrobić sobie nie dam. Nie dam się udupić. Nigdy! I podczas gdy z małą B. to była teoria śmiesznie prosta do wdrożenia w praktykę, bo ubierało się, wiązało czapkę pod brodą, zaczepiało rzepami buty, brało pod pachę i mówiło "ahoj, przygodo, lecimy w świat", tak z latami (a raczej wagą) zostawało już bardziej a-hoj i to nawet pisane jakoś tak - a ch.j... przygodo przez małe p...
Jednak brak zdolności kalkulacji i wrodzona skłonność do samodestrukcji powodują, że, o dziwo!, nadal nie dałam się udupić a B. ma w tym roku 15 lat i mimo, bycia chuchrem, trochę już waży. Jak sobie obiecałam, tak zrobiłam i nadal robię - tak mi dopomóż Bóg i tego się trzymamy. Choć przyznam, że cena bywa wygórowana, bo tu boli, tam strzyka, tu coś odpada, podzespoły mają po 40 lat i zaczynają powoli siadać.

