wtorek, 2 kwietnia 2013

Przedszkole - instytucja ratująca od obłędu

Nie robi się tak, że na początku zdradza się morał całej opowiastki, ale muszę. Otóż jaka prawda bije z tego tekstu? Ano taka, że możliwość podzielenia się odpowiedzialnością za moje niepełnosprawne dziecko jest dla mnie lepsza niż wszystko co niemoralne, niedozwolone, lepsza niż czekolada czy wszystko na “s”. Oddanie kawałka tego przygniatającego do podłogi ciężaru pt. “pełna odpowiedzialność za dziecko” paniom przedszkolankom sprawia, że jeszcze całkiem mnie nie opętało. Tak… Teraz to wiem; życie bez przedszkola, to nie życie.
Rano. Pada codzienne hasło “Do szkoły matoły!”. W powietrzu zapach wolności… Jakże radośnie pakuje się cały osprzęt przedszkolny; 5 bluzek na zmianę, drugie śniadanko i różne tam inne duperele mając w niedalekiej perspektywie 5 (5!!!) godzin samotności… Wolności, ciszy, muzy własnej a nie Gumimisia. Nie-przewijania, nie-przebierania, nie-podnoszenia i nie-asekurowania… 5 godzin bez poczucia “Co tu do cholery z Tobą robić, jak wszystko źle i nuda”. Bez pokrzykiwania jak w dżungli, plucia i buczenia. 5 godzin najprawdziwszej i dzikiej rozkoszy…



Wiem, wredota ze mnie nieopisana… Ale co zrobić, przynajmniej tego świadomam. Przy okazji dnia z dzieckiem w domu, który w jakiś dziwny sposób trwa 48 albo nawet 72 godziny, słuchając po raz 5 tej samej płyty, ubabrana marchewką i w przewidzianym ustawą dresie, pragnę publicznie wyznać tę miłość: 

Pani Agnieszko, Pani Aniu i Pani Renato - kocham Was!!! Przedszkolu - kocham Cię bezgranicznie i szaleńczo. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!! Dzięki Wam nie jestem jeszcze stałą pacjentką zamkniętego oddziału psychiatrycznego :)

                                                                                Agata

Grafika pochodzi ze strony:  www.joycarol.com i www.njfamily.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz