Jesień, kurz po wojnie zwanej przeprowadzką opada, więc chwila, żeby zakotwiczyć się przy kompie i podumać... Nad tą moją dziewczynką. Nad sobą. Nad życiem. Nad tym, że ona jest dla mnie tak naprawdę wszystkim...Dużo się bardzo zmieniło w tej kwestii, bo kiedyś wszędzie byłam ja. Nie, że jestem taka egoistyczna, bo zawsze Mała była na pierwszym miejscu, ale punktem odniesienia pozostawałam ja. JA nie dam sobie z rettem rady. JA się poddam albo nie. JA nie zaprowadzę jej do ołtarza i JA nie będę mieć swojej małej słodkiej kopii, która będzie spełniać moje marzenia, plany i ambicje. Ciągle gdzieś tam się przewijało to wiecznie rozczarowane JA...
Mija 5 lat tej naszej przygody o nazwie "macierzyństwo" i 4 pt. "macierzyństwo z rettem w tle". Szczerze, to dopiero od niedawna przestaję widzieć w tym całym bajzlu siebie... Ja jestem w sumie całkiem już duża i sobie poradzę. Ale co Małą? Ona jest tak niemożliwie bezbronna i tak delikatna, że czasem myślę, że bez miłości jaką dostaje na co dzień chyba by nie była w stanie żyć...
Teraz staram się skupiać na tym co ONA. I wbrew pozorom to dużo łatwiejsza droga, bo pozbawiona całkowicie jakiś nierealnych oczekiwań względem życia. Blanka ma w totalnym poważaniu z kim pójdzie do ołtarza i co to w ogóle jest ołtarz. Nie wybierze złych studiów, nie zrani ludzi, nie zawiedzie rodziny. Nie powie mi nigdy "Byłaś okropną matką! Nienawidzę Cię!"...
Gdy wychodzę z tego prostego założenia, czyli "co Blanka" a nie "co ja", jest jakoś dużo łatwiej. Masa pobocznych spraw odpada a jedyne co tak naprawdę muszę, to stworzyć jej świat tak, by była szczęśliwa... Wtedy ja też będę, bo jak ona to i ja. I chrzanię to, że do ołtarza nie pójdzie...
Agata
Grafika pochodzi ze strony www.creativenesseye.worpress.com
Tak jakbym widziała siebie w tym co napisałaś... mama rettki
OdpowiedzUsuń