piątek, 2 maja 2014

Wy-outowani

Zaglądam ostatnio do gazety dla Pań a tam psycho-test "Sprawdź jaką jesteś mamą". Zaczynam, pytanie pierwsze: "Co robisz jak Twoja córka pożyczy bez pytania Twój sweter?". Przechodzę więc do pytania nr dwa; "Dziecko ma przygotować pracę z polskiego...". Po kilku następnych stwierdzam "Nie dla mnie" i przechodzę do sekcji z przepisami. Tylko który to już raz muszę zrezygnować z czegoś, bo jest "nie dla takich jak ja?"...
Niby taki drobiazg, bakcyl do przemyśleń ale prawda jest taka, że sir Rett wypieprzył mnie i A. na swego rodzaju przedmieścia społeczeństwa (żeby nie powiedzieć - margines). Fizycznie i psychicznie. Teoretycznie i praktycznie. Zależy to od masy czynników i naszego stanu umysłu, który bardzo wpływa na to na ile damy się wyoutować, ale nie ma siły - są dni kiedy naprawdę czujemy się z innego (podrzędnego) świata. Jakby na to spojrzeć praktycznie to jest kiepsko. Na plac zabaw nie pójdziesz, bo nic kompletnie nie jest dostosowane. W teatrze - schody, tu schody, tam inne bariery. Jest też poziom między-ludzko-towarzyski. Imprezy całonocnej nie zaliczysz, bo o 19.00 - leki, o 7.00 rano - leki a pomiędzy dziesięć pobudek i 5 akcji "wrzask". Nie nawalisz się jak za młodu, bo przy tylu atakach, ciągle gdzieś z tyłu głowy masz, że będzie trzeba pruć na neurologię dziecięcą albo izbę przyjęć. Na basen ze znajomymi i ich dziećmi możesz jechać ale to już wymaga logistycznej gimnastyki, planowania i całej strategii opracowanej z odpowiednim wyprzedzeniem... Przykłady można mnożyć i mnożyć.
Żeby mi tu było jasne - nie widzę świata poprzez ograniczenia a możliwości. Ten tekst piszę tylko w nadziei, że ktoś z tych z "normalnego" świata przeczyta i pomyśli, że czasami jak mówimy "nie mogę zostać na noc/zabalować do rana/wyskoczyć tu czy tam tak o" to nie jest kwestia złej woli. Bo jakaś część w środku płacze rozpaczliwie, że by chciała, tak jak kiedyś, ale niestety o spontan przy dziecku niepełnosprawnym jest naprawdę trudno. Chociaż kwestia wprawy, dopasowania i kompromisów. Ważne i chyba najważniejsze, żeby ci, z którymi jesteśmy blisko na co dzień traktowali naszą sytuacją z jednej strony naturalnie ale tym samym mieli na uwadze, że wymaga ona pewnych życiowych modyfikacji. A wtedy, nawet w takiej trochę niszy i ciut na oucie można sobie spokojnie i szczęśliwie żyć.

                                                                                               A.

Grafika pochodzi ze strony: www.wiecjestem.us.edu.pl

1 komentarz: