Rozmawiałam ostatnio z moją A., która jest początkującą matką-gotującą. Tzn. matką już całkiem zaawansowaną, bo Dziecię ma ponad roczne, ale dopiera zaczyna swoją przygodę z maminym gotowaniem. Wpadłyśmy nawet na pomysł napisania poradnika, coś w stylu "Ugotuj obiad w 20 minut z dwójką rozdartych paszcz za plecami". Wydaje mi się, że mógłby to być bestseller na miarę książki kulinarnej pani Gessler czy jakiejś tam innej Najdżeli. Nie, że ja taka uczona, broń Boże. Gotować lubię, ale co innego lubić i robić to dla przyjemności, a co innego - musieć i wpasować to całe kucharzenie w milion innych spraw i sprostać wymaganiom klientów. Bo warunki łatwe nie są.
Kejtering w poprawczaku w żaden sposób nie przyjął do wiadomości, że można nie umieć gryźć albo wymagać choćby jadłospisu dopasowanego do potrzeb małego dziecka. Albo do dziecka niepełnosprawnego. Albo dziecka niepełnosprawnego na diecie. Nie, po co, kejtering przedszkolny dalej wielbi i hołubi glutaminian sodu w najlepsze, więc co było robić - drugi rok B. dostaje obiad i drugie śniadanie oraz zagęszczone picie do plecaka. Nie jestem aż taką bohaterką, żeby gotować obiad o 4 rano (chociaż mam na koncie tego typu ekscesy), więc obiadek Blanki musi być gotowy poprzedniego dnia wieczorem. I to nastręcza pewnych trudności...
Trzeba gotować z dwoma rozdarciuchami na plecach, czyli jak najszybciej, jak najwydajniej i przede wszystkim - zdrowo. A, i jeszcze smacznie. A B. zmiksować. Niestety nie wszystko fajnie się przechowuje do następnego dnia. Moja walka o nieśmierdzące ziemniaki trwała chyba z rok aż w końcu wpadłam na pewien patent i w końcu jest jak trzeba. Mam też kilka innych sprytnych patentów na gotowanie pod presją czasu i dzieci. Zamrażam małe porcje mięsa albo rosołek (jako podstawę do następnych dań), czasem szykuję (ku rozpaczy B.) obiad na dwa dni z rzędu itd. Fakt jest faktem i nieskromnie mówiąc - najczęściej mi wychodzi. Obawiałam się, że pojawienie się Mniejszej uniemożliwi mi gotowanie w tym codziennym wymiarze, ale na szczęście jakoś to ogarnęłyśmy. Mniejsza nawet lubi gapić jak matka grzebie w garach a niedługo pewnie zacznie mi podjadać co nieco z procesu przygotowawczego :)
Ostatnimi czasy mamy jednak pewnego zonka - kolacje. B. odmawia bardzo stanowczo jedzenia kasz, wszelkie bobovity lądują na ścianach. Zaczęłam kombinować z kaszami eko, jagły, gryczane, cuda wianki. Ale też nie. Gotowana manna, kukurydziana na mleczku również się znudziły... Żadne dodatki typu miód, cynamon, kokos, nawet czekolada nie ratują. I co tu zrobić? Wymagań co do Blankowej kolacji jest dużo - musi być papą, dać się z nią przemycić leki (czyli smakować) i najlepiej jakby miała jak najmniej cukru... Czasem udaje się zjeść piure z ziemniaka i marchwi, ostatnio zasmakował gotowany na mleku batat z masełkiem. Ale na tym pomysły mi się kończą... Będę wdzięczna za sugestie i wracam do gar-Qchni :)
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.tescomagazyn.pl
ja też rosół mam na kilka razy: świeżutki, gorący zakręcam w słoiku, a po ostygnięciu (trwa to dłużej, wiadomo) do lodówy i mam bazy na zupki na dobry tydzień. Ja leki przemycam z taką oto papką: rozgnieciony na papkę bana + dowolny deser gerberka (one są bez cukru, a słodkie). Można wzbogacić ugotowanym ryżem, jak kto woli gęściej i konkretniej. Wersja 2: gorący ryż + potarte jabłko + cynamon, łyżeczka masła (dodana na początku do gorącego ryżu, coby się rozpuściła należycie). Żadne to rarytasy i specyjały, ale mojej anielicy smakują i leki wchodzą niepostrzeżenie...
OdpowiedzUsuńDziękuję, robię podobnie, ale"prawie" robi różnicę, zrobię po Waszemu, może się przekona :)))
UsuńJa poproszę tę książkę. Dla lepszego efektu w dwóch egzemplarzach. Ja mam wciąż NIEOgar-Qchnię.
OdpowiedzUsuńAle gdyby nie Ty i Twoje inspiracje, to bym pewnie nawet nie wiedziała co to blw i już bym w swoją Natkę nieudolnie pchała łyżką jakieś ciapy :))) Rozum do głowy mi dałaś i świadomość, dziękuję :)
Usuń