piątek, 27 lutego 2015

Życie smarkiem płynące

Blanką tłukło cały zeszły weekend a ja nigdy nie sądziłam, że będę się cieszyć, że się rozchorowała. A jednak, życie nie przestaje zaskakiwać. 39,2 gorączki w poniedziałek i przynajmniej brak bezdechów, czego chcieć więcej. Uruchomiliśmy czosnek, apapy, czary i mary i jakoś szczęśliwie dotrwałyśmy do końca tygodnia.
Wiadomo; wszyscy mają mambę, mam i ja, a co za tym idzie - z nosa leje mi się jak z kranu. Ale jak powszechnie wiadomo - matka to jedyna niezastąpiona istota, której żadne zarazy się nie imają, więc wlekąc za sobą woń czosnku, wlekłam się cały tydzień z reha na reha, z pokoju do kuchni i z biedry do parku na spacer. Niewiele ostatnio u nas się dzieje, poza florą i fauną szalejącą wszem i wobec. B. ma na wszystko wywalone i uskutecznia wzrok bazyliszka na siostrę, którą to wczoraj znalazłam w misce jamnicy. Nie była zachwycona, bo nieszczególnie lubi się dzielić. Tzn jamnica, Mniejsza była najszczęśliwsza na ziemi.
Kończę, bo zalewam gilem klawiaturę. Jako grafika coś co krzyczało do mnie z ławki w parku, ideolo na dzisiaj. 

                                                                                                   A. 

2 komentarze:

  1. Zdrówka!!!!
    ja musiałam miskę z żarciem wystawić bardzo do góry, ale ja mam kota:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melania by na to poszła, nie raz ją spotkałam na parapecie ;)

      Usuń