Temat jest trudny, nie wiem też za bardzo czy uda mi się tak w 100% oddać słowami to co myśli głowa, ale spróbuję. Jest ryzyko wywołania oburzenia, ale kto się oburzy, ten trąba i mało o rett-życiu wie. I w sumie dobrze, nie polecam nikomu tej formy egzystencji. No to zaczynam; przydługim i nudnym wstępem.Przychodzi ten dzień i rodzisz trojaczki: dziecko, siebie-matkę i jego-ojca. Trzymasz umorusany krwią sens swojego życia i tak naprawdę oprócz tego, że jest idealne, nie wiesz o nim nic. Bo nie ma za bardzo co wiedzieć - chce mleka, Twojej skóry i zapachu, poza tym jest nijakie (bez nerw, zmierzam do sedna). Od momentu przyniesienia tej białej kartki do domu (która oczywiście ma zanotowane na genowym twardym pewne predyspozycje, skłonności do nałogów i Twoje zajebiste błękitne oczy) dzień po dniu zaczynasz to swoje "dzieło" kreować. Ładujesz jak do wora - emocje, wrażenia, miłość a Ono odpowiada i z dnia na dzień robi się coraz bardziej "jakieś". Wczoraj jeszcze miało w nosie czy leży w łóżeczku czy obok Ciebie, dziś już doskonale wie, która opcja jest tą jedyną. Trzy miesiące temu nie miało żadnych oznak szczególnych, było Twoją ukochaną kluchą, która chce tylko ssać i się tulić a dziś jego wizerunek robi się coraz bardziej klarowny a rysy wyostrzają się (te charakterologiczne i fizyczne). Zaczynasz widzieć w nim coraz więcej szczegółów a ono łaknie świata coraz łapczywiej. Masz prawie boskie poczucie kreowania tego świata a tym samym kształtowania Jej/Jego. Też tak miałam w pewnym czasie z B., mam tak teraz z Mniejszą. I to jest chyba najlepsze uczucie ever.
Zanim przyszedł wielki zły rett i zmiótł nas z siłą tsunami pojawiła się zwiastująca dramat nijakość. Do pewnego etapu ładowałam w B. tak jak opisałam to wyżej - pakowałam czas, miłość, emocje a Ona odpowiadała wieloma wspaniałymi zmianami. Była coraz bardziej moją Córeczką Blanką a coraz mniej nijakim i bliżej nieokreślonym bobasem. Na ok. 2-3 miesiące przed regresem zaczęłam czuć, że coś jest nie tak. Dziś (nawet tym oto wpisem) mogę to jakoś spróbować wyjaśnić, wtedy nie umiałam w ogóle. Czułam, że nie odpowiada na nic. Że cechy, które gdzieś przecież ma zakodowane nie chcą się w żaden sposób ujawnić, nie ma odpowiedzi z Jej strony, jest coraz bardziej nijaka. To był najtrudniejszy dla mnie czas - ryczałam po kątach, że coś z Nią się dzieje złego, a że nie miałam tak naprawdę żadnych namacalnych przesłanek (tak jak utrata chwytu i inne objawy potem gdy nadszedł regres) to czułam się totalnie w tej rozpaczy osamotniona. A Blanki w Blance było coraz mniej, cechy, które miała wcześniej zaczęły się rozmywać, nie było zainteresowania, typowej dziecięcej ciekawości. Pojawiła się coraz bardziej obca mi dziewczynka... Nie wyciągała do mnie rąk, nie zależało jej czy mama jest czy wyszła, gdzie spała, co jadła, jak spędzała czas - wszystko było jej obojętne.
Przyszedł regres, zaczęła się ostra jazda i walka o B. i wtedy paradoksalnie chyba było już w pewien sposób łatwiej. To co czułam tylko ja jako matka zmaterializowało się w objawach, okazało się faktem a nie moimi urojeniami. Można było zacząć walczyć o to, by Blance znów nie było obojętnie, by świat nie był gdzieś zupełnie obok Niej. By znów zaczęła być jakaś. By lubiła i nie lubiła, chciała i nie chciała, bym znowu mogła widzieć w Niej jej cechy.
Piszę o tym dziś, bo ten mniejszy Robal, który znów ładuje się do miski jamnicy w poszukiwaniu masażera do dziąseł jest właśnie na etapie stawania się... kimś. Stawania się sobą, moją Mniejszą Córeczką. B. na szczęście znów wróciła do świata (mimo, że w odmienionej przez retta formie) i też jest zbiorem charakterystycznych dla siebie samej cech. Blanka jest Blanką. I znów nie jest jej wszystko jedno czy słuchamy disco z pola czy kolęd, bo wiadomo, że B. słucha kolędy cały rok a ze słodyczy najbardziej lubi mielone. Taka jest B. A ja siedzę, piszę to co piszę i jestem naprawdę szczęśliwa, że pewne rzeczy mamy już za sobą...
A.
Grafika pochodzi ze strony: wwweverydayfamily.com
Wcale nie szokuje twój wpis, masz rację. Ja ciągle obserwuje mojego synka, który za 3 dni skończy 4 miesiące i czekam, czekam kiedy zacznie wychodzić z niego on sam.... Bo to będzie dobry znak, że mimojego choroby jest szansa... Mama Agnieszka od ssaka :-) Czytam Cię regularnie i uwielbiam. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńAgnieszko od ssaka :D Już za minutkę, już za momencik! On będzie sobą, mimo choroby. Okrutny los zabrał nam możliwość doświadczania zwykłego (bo nie powiem "normalnego" macierzyństwa ale nie zabrał nam wszystkiego. Twój Chłopczyk da Ci na pewno wiele szczęścia, wiem to! To czekamy, odliczamy łapiemy te chwile, ja i Ty :)
UsuńAgato, na to liczę. Przyglądam mu się bardzo, bardzo uważnie i porównuje do siostry, która dziś ma już prawie 4 lata. Widzę różnice, ale mały spędził 2 miesiące w szpitalu i potem jeszcze 3 razy tam wylądował z powodów wirusów i infekcji (w sumie na 4 miesiące życia 2,5 spędził w szpitalu), a to raczej nie pomaga rozwojowi.Na szczęscie jest też córka, zdrowa i cudowna, która daje mi motywację i dużo radości. Nie żeby synek nie dawał mi tej radości, ale wiadomo, że z chorym na "nie wiadomo co dzieckiem" (czekamy na diagnozę) tej radości jest mniej i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Córka przynajmniej rozprasza moją uwagę i cieszę się, że ją mam, chociaż wiadomo padam na nos :-). Bardzo dobrze, że masz Mniejszą :-) Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale każdej kobiecie należy się smak "zwykłego" i bez zakrętów macierzyństwa... Agnieszka od ssaka :-)
UsuńAaaa, zapomniałam, że masz Córeczkę! Nie, żeby Synek Ci nie dawał radości, żebym ja czy ktoś źle nie zrozumiał... Moja Droga, ja rozumiem to bez Twoich słów. Tylko matka, która ma chore dziecko jest w stanie pojąć czym jest to tzw zwyczajne macierzyństwo. Jaką to ma wartość. Każdy dzień kiedy dziecko "samo Ci się chowa", rozwija, rośnie, uczy... Jest tak jak napisałaś, masz w 200% racje. Dziękuję Ci za te słowa. Dobrze, że jest nas więcej, którym nie trzeba tłumaczyć "po co Ci drugie dziecko jak masz tyle roboty z chorym". Zdrówka dla Córeczki a dla Synusia zdrówka razy 4 i żeby wyszło wszystko na jako taką prostą i przede wszystkim Tobie dużo dużo siły!
UsuńDziękuję Ci za ten tekst. Straszna jest mamina bezradność, gdy serce mówi, że jest źle, a rozum nie ogarnia co i jak :(
OdpowiedzUsuńTen czas wspominam jako najgorszy w swoim życiu... Tzn chcę go zapomnieć ale się czasem nie da.
Usuń