czwartek, 16 czerwca 2016

Trzy sceny z rett-życia

Scena I
B. dzięki mej nieuwadze, zmęczeniu, braku trzeciej ręki i zlewie w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie straciła jakiś czas temu kawałek nowo-urosłej jedynki (przyp. red.). Winiłam się, opłakiwałam, obmyślałam naszą przyszłą przyjaźń z protetykiem. Zupełnie niepotrzebnie. Zło powraca. B. mając wczoraj napad a ja działając w amoku macierzyńskiego instynktu (napad - sina - wtłoczyć powietrze - ambu daleko - usta-usta) zderzyłam się pechowo z pacjentem. I pytanie jest - co/kto ucierpiał? Tak, tak, nie inaczej. Teraz w końcu wyglądamy jak matką z córką - antylopie nogi, blond włoski, niebieskie oczki i ułamane jedynki. Kurtyna.
Scena II
W nadchodzącą sobotę ślub mojej (tzn. A, bo swojej nie mam, ale w sumie mojej) siostry. Tak nie bardzo błyszczeć na rodzinnych fotografiach z ukruszonymi jedynkami. B. urodą się wyratuje, ja już raczej nie; Ona wygląda z tą szczękową krzywizną całkiem zawadiacko, ja jak patologia. Trzeba było działać. Idiotka, ciągle myślę tak jak myślą bezrettowe miliony - idziemy do dentystki, moje Panie. No nic prostszego, dwoje dzieci, jeden rett, jeden wózek, jedna ja i kilka ładnych ulic przed nami. B. chce napadać, bo zaraz pełnia, Mniejsza chce to co całe życie na dworze - bułę i pić oraz na każdy mijany plac zabaw. Ja chcę mieć znów równe uzębienie. Docieramy, szlifujemy, Mniejsza trzyma B. za rękę, ja Mniejszą, żeby nie robiła z kabli od wierteł zabawek edukacyjnych. Po kilku chwilach, wyrozumiałości naszej najlepszej doktorki od zębów znów mamy (prawie)równe siekacze. Kurtyna.
Scena III
B. z napadami to B. w domu. B. w domu, to ręce pełne roboty. Natomiast B. w domu i po dentyście oraz z napadami to już katastrofa. Zęby równe ale nie ma na czym ich testować, obiad jeszcze nieskończony (a nie ma większego terrorysty niż głodna B.). Mniejsza chce spać ale spać przecież z tego powodu nie pójdzie, jamnica chce siku ale pada deszcz a to sikanie całkowicie wyklucza, chyba, że w domu. Susząc nową wyrównaną szczękę robię kilometry od jednej do drugiej, od chcenia spania do chcenia obiadu, kupy, siku, lawiruję między zaspokajaniem ich wszystkich potrzeb, wybiegając w marzeniach w przyszłość, w której siedzę na tyłku popijając (ciepłą!) kawę z mojej pięknej chińskiej filiżaneczki z ikei. W końcu się udaje, obiad wydany, Mniejsze śpi, B. kontempluje najedzona i zadowolona swoją zasłonę, deszcz spokojnie stuka o nasz parapet, a ja wchodząc pomału na coraz wolniejszy puls popijam nowym zębem tą upragnioną kawkę i tupię jeszcze z zadowoleniem nóżką pod stołem. Wchodzi moja Mami i zamyka całą akcję mówiąc "Dziecko, Boże święty, jak Ty latasz, zmień dilera." Kurtyna. Brawa.

Mamo, rett-życie nieuleczalne jest :)

                                                                                            A.  

Grafika pochodzi ze strony: images.cryhavok.org


 

2 komentarze:

  1. No kobieto, powiem Ci, że ... Kurde, no jak zwykle, nie wiem, co powiedzieć. Szacun? Za słabe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szacun, bo mocniejszych słów nie znam!

    OdpowiedzUsuń