Świat stanął na głowie, z tym trudno się nie zgodzić. Widzi, czuje i przeżywa to każdy. Wstajesz rano i zamiast kawy czytasz albo słyszysz słowo na "k", ew. na "c" i ciśnienie leci Ci do 200 na 300 i tak codziennie od kilku już w sumie tygodni. Ale czy moje życie zmieniło się teraz jakoś diametralnie? Nie. W sumie stara bida.
Dzieci są w domu
Nic nowego. Blanka od ponad roku w szkole więcej bywa niż jest. Najpierw był strajk nauczycieli, następnie wakacje, potem operacja i 3- miesięczna rekonwalescencja, a jak w grudniu wróciła trochę na zajęcia to szybko zaczęło się chorowanie, kaszlenie i antybiotyki. No a teraz jest co jest, więc opieka 24/7 na moich mało obfitych barkach i wiecznie rozczochranej głowie. A Mniejsza? Jak to przedszkolak - ene due rabe - kto dziś złapie anginę a kto zapalenie ucha. Raz w domu, raz w przedszkolu. Rzadko bywały obie przez te ostatnie półtora roku.
Strach o dzieci
Taki pewnik. Retta widziałam na własne oczy, retta mam ciągle, więc wiem ile może i jak bezwzględnie potrafi zagrać. Tu Cię pogłaska po głowie a drugą ręką wbija nóż pod żebro. Jego boję się zawsze, od zawsze i na zawsze. Lęk czy jutro mi Jej nie zabierze jest wpisany w moje macierzyństwo i mimo, że radzę sobie z nim by się temu nie poddać to zawsze gdzieś z tyłu głowy on jest.
Niepewność
Moja codzienność. Dziś jest dobrze, jutro może Jej nie być. Wiele takich przypadków znam. I mimo, że retta nienawidzę, muszę mieć na uwadze to, że to on rozdaje karty a ja mogę tylko łapać chwile i spokój wtedy kiedy śpi.
Ile to potrwa?
U mnie już do końca, Jej albo mojego. A ile tak naprawdę nie wie nikt.
Więc co się zmieniło? U mnie niewiele, oprócz tego, że nie mogę uciec do pepco i nakupować bzdetów do domu a potem się wściekać, że nikt nie zauważył jak bardzo zmieniła się aranżacja na parapecie czy na półce pod telewizorem.
Tak naprawdę zmieniło się to, że wszyscy muszą teraz żyć trochę jak ja. Boją się o swoje dzieci bardziej niż z samej zasady bycia rodzicem, bo ich dzieciom zagraża coraz bardziej realne niebezpieczeństwo. Zostali zamknięci w chałupie z dzieciakami i muszą zorganizować sobie codzienność zupełnie inaczej niż do tej pory. Nie mają pewności czy to minie, i jak, co będzie jutro, a co za tydzień czy miesiąc, kogo dopadnie a kogo ominie. Nikt też nie potrafi powiedzieć kiedy dostaniemy wszyscy zielone światło i sygnał z fanfarami "Jesteście wolni! Możecie lecieć w świat!"
I jak ten dzień przyjdzie (a przyjdzie, niebawem, jestem corona-optymistką ;) to wszyscy wylecą z tych niewietrzonych chałup, wykopią swoje blade dzieci na place zabaw, a sami z radości zaczną lizać klamki i poręcze w autobusach i krok po kroku wszystko wróci do normalności.
A ja i inne matki z mojego gatunki będziemy dalej mieć swoją kwarantannę, strach przed rettem (czy jakimkolwiek innym zespołem) będzie dawał nam całusa na dobranoc a niepewność przywita nas z samego rana towarzysząc przy porannej kawce. Jak co dzień.
A.
Grafika: www.gk24.pl

O właśnie. To jest dokładnie to, co czuję. Kwarantanna od 2012 roku, nic nowego. Ale teraz siedzą wszyscy w pace.
OdpowiedzUsuń