Zabierałam się do tego jak do jeża, to znaczy do Blanki stopy, zwłaszcza, że to już drugie podejście. Półtora roku temu robiliśmy Achillesa i umordowaliśmy się zupełnie nieadekwatnie i nieproporcjonalnie do oczekiwanych efektów. Stopa zwinęła się jak listek bez wody i wróciliśmy do punktu wyjścia szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Doktor co prawda ostrzegał, że to może nie wystarczyć, ale z armatą na chomika się nie wyjeżdża i od czegoś trzeba było zacząć. Rettowy chomik jednak okazał się przynajmniej świnią morską i zapadła decyzja, że stopie należy się solidny fundament z żelastwa, plus kolejne podcięcie ścięgien, oraz cała plastyka kości, chrząstek, stabilizatory, coś tam jeszcze, Bóg i Doktor raczą wiedzieć. Wszystko, żeby: a) móc jak człowiek ubrać zwykłego, ludzkiego buta, b) móc postawić na stopie pannę B. bez ryzyka zwichnięcia kostki i c) przeprowadzać ją używając tejże stopy i jej powierzchni spodniej a nie boku ale przede wszystkim: d) żeby poprawić krążenie bo siniała nam ta stopa już niemożliwie. Czy tak się stanie - nie wiemy, za 5 tygodni ściągniemy gips i zaczniemy ją uruchamiać a wtedy to już tylko nowe baleriny, szpileczki, mokasyny i nas nie dogoniat ;) Taki jest plan ale rett określi co na to życie.
I teraz sprawy poboczne. B. była w szpitalu z tatą, wybraliśmy go poprzez głosowanie z dwóch kandydatów; jeden ma w obwodzie bicepsa 15 cm, niestabilny stan psychiczny i stwierdził(a), że nie da rady, drugi natomiast wygląda bardziej jak Pudzian, uśmiechem potrafi zjednać niejedną pielęgniarkę i przyznał, ku uldze rodziny, że podoła. Jako, że zostałam sama z jednym dzieckiem na 5 dni, to była to sprawa totalnie bez precedensu. Od 9 lat pierwszy raz z jednym dzieckiem, ale to jeszcze nic - od prawie 15 - BEZ RETTA. Bez B. to było akurat smutno, lubię tą panienkę, jest z usposobienia podobna do mnie, lubimy swoje towarzystwo i lekko szalone sposoby na spędzanie czasu. Gorzej z jej rettem, ten to zagarnia każdy dżul energii, każdą godzinę czasu, wypełnia całą dobę. Całe pięć dni bez retta spowodowało u mnie taki przypływ adrenaliny, serotoniny i oksytocyny, że plany jak je spędzić posypały się lawinowo - od wypadu pod Kraków, przez zwiedzanie wrocławskiej starówki, po spotkania z przyjaciółmi, rowery, zoo, czego tam w tej mojej głowie nie było. Końcem końców, gdy osadziłam ich zdalnie i bezpośrednio w szpitalu, nienaturalne poziomy hormonów spadły poniżej poziomu morza - usiadłam i zaczęłam się kiwać w kącie, patrząc w ścianę a potem w sufit z poczuciem totalnej pustki. Kilka bliskich osób na te szalone projekty i samobójcze, wygórowane oczekiwania względem samej siebie orzekło jednym głosem "nic NIE MUSISZ". W końcu nic nie muszę! Jezu. Nic.
Oprócz bycia na linii z Wrocławiem, robiłam więc to czego nie muszę a to co chcę. Byłam w domu o 11.30 (w tygodniu jest to godzina wyjazdu po pannę do szkoły), nie jadłam razem z nią obiadu w samo południe. Ba, jak nie karmiłam B. okazywało się, że sama nie jem wcale, bo się zaczytałam, zapatrzyłam w roślinność za płotem, zamyśliłam. Boski stan... Tak bardzo zapomniany. Mniejsza, o dziwo, miała ten sam pomysł na spędzenie tych kilku dni i powiedziała "po prostu sobie tak razem bądźmy". I byłyśmy, ona i ja. Razem na naleśnikach z oreo, po których nawet taką fankę cukru jak ona zemdliło, na rowerach, nie musząc wracać na karmienie B., na zakupach (o dowolnej porze!!!!). Odebrałam ją ze szkoły i zwyczajnie poszłyśmy na spacer. To był mój raj, kilka dni poza pierdlem, poza rutyną dyktowaną przez retta. Tyle skorzystałam ile się dało, co nie oznacza, że łatwo było wrócić. Wróciła B. z wielkim kulasem o wadze chyba ze 3 kilo a ja, mimo, że podładowana, odczułam tym większą niesprawiedliwość osadzenia i wyroku... Ale co poradzisz, powłóczyłam się dobę czy dwie popłakując, że znów jestem w klatce a tak cudownie było latać i musiałam w końce wytrzeć gile i włączyć tryb "gipsowanie". Jakby nie było, to B. i jej rekonwalescencja jest tu najważniejsza, więc mój duch niespokojny znów musiał osiąść i zacząć czerpać przyjemność z codzienności, morderczej rutyny i uziemienia gipsem. Zwłaszcza, że duża ilość leków przeciwbólowych i anestezja rozhulały nam napady. Więc mam koniec czerwca i cały lipiec pt. uciszanie padaki, gipsowanie B. i "nudzę się, mamo" Mniejszej.
Także plan jest taki - nie oszaleć. Doprowadzić stopę do stanu używalności. Kupić jej nowe, piękne buty. Wjechać do szkoły we wrześniu w tychże butach i z dwoma równymi stopami ku uciesze całej grupy rewalidacyjnej ;)
A.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz