poniedziałek, 27 stycznia 2025

Kronika wypadków domowych

Pamiętam ciekawą rozmowę sprzed lat, która odbyła się między moją Mamą (wieloletnią i bardzo dobrą nauczycielką) a naszą Doktorką rodzinną (wieloletnią i bardzo dobrą doktorką). Dr była na wizycie u małej B., odwiedziła nas wtedy też babcia i wyszło naturalnie, a że rocznik mają podobny to gadka o pracy. Mama mówi, że jak to w pracy, sukcesy ale czasem też porażki, a jak porażka to matury ktoś nie zdał itd. na co Doktorka podsumowuje krótko "moje porażki leżą na cmentarzu". Ja się uśmiałam po pachy, choć wiem, że nie tak do końca żartowała. Dziś zatem o naszych (moich i A.) porażkach, gdyż ostatnia z nich mogła się skończyć naprawdę w rytm pieśni "niech anielski orszak". Najwięcej wypadków zdarza się w domu, i jak to mawia jedna z moich psiółek - groźniejsi od retta jesteśmy my sami. Zapnijcie pasy, nie będzie o tym, że B. cudownych rodziców ma. 

Serię niezamierzonych uszkodzeń ciała zaczęliśmy dość wcześnie. B. miała ze dwa lata, A. myślał, że zapięłam pasy w wózku, ja byłam pewna, że zrobił to on, a B. było jak zwykle wtedy - obojętnie. On zamykał auto, ja zbierałam torbę i inne dzieciakowe duperele, a B. miała siedzieć w wózku i czekać aż wyruszymy na spacer. Widzimy po chwili kątem oczu, że zamiast tego (a nie umiała jeszcze wtedy chodzić) wychyla się do przodu, zsuwa z siedziska, staje na nogach, robi dwa kroki i pikuje w dół zaznaczając miejsce upadku dwoma świeżo wyrośniętymi jedynkami wbitymi w glebę. Cudem zęby ocalały, ale to była dopiero wprawka w próbach zamachu na nie. 

Jak miała około trzech lat chodziła jak na siebie całkiem nieźle. Ale coś ją zamroczyło, wbiegła we framugę drzwi tak, że przecięła głowę jak Harry Potter i dostała pięć szwów na samym środku czoła. Byłam obok, nie zdążyłam jej złapać.

Potem nastały czasy nagłych zmian napięcia mięśni i występujących znienacka ataków padaczki. Raz zupełnie bez ostrzeżenia zgięła się wpół gdy wysiadali z A. pod przedszkolem z samochodu, rozcięła łuk brwiowy tak, że bliznę po szyciu ma do dzisiaj. Czoło drugi raz rozcięła niedługo potem upadając na kant ławy, ale na SORZE, znając już tą małą recydywę, oblepili ją plastrami, bo jak cerowali  poprzednie dwa razy to dostawała napadu za napadem. 

W wieku jakiś czterech lat przydarzył nam się napad podczas gdy myłam jej ręce w zlewie, zgięła się i ukruszyła o ten zlew jedynkę, mleczną, na szczęście. Potem jednak miała już stałe i znów się nagle zgięła i zderzyła swoje nowiutkie jedynki z moimi, w wyniku czego ukruszyło się nam po zębie sprawiedliwie. Ona do dziś ma jeden krzywo spiłowany a ja miałam więcej szczęścia, bo ułamał się dłuższy z moich dwóch siekaczy, więc się spiłowało na prawie równo i nawet nie znać, jak to mawiała Babunia. 

Potem była dłuższa chwila przerwy; już nauczyliśmy się pewnych chwytów i rzutów przez biodro tej zmiennej w napięciu mięśniowym panny a jeszcze nie zagrała brawura i uśpienie czujności związane z wieloletnią rutyną i powtarzalnością ruchów. Dopiero ze dwa lata temu B. u dziadków poleciała do tyłu w wózku (takim co ma dwa wielkie i dwa malutkie kółka). Tak zwany odbojnik, czyli kółeczko które nie pozwala rozhuśtać się za bardzo okazał się złożony. Kto? Dlaczego?? Jak? Winnych nie znaleziono, ale grunt że B. nie roztrzaskała sobie głowy o babciną i dziadziną posadzkę. Jest też dodatkowy plus, teraz jak tylko przyjeżdża, wszystkie ciotki, wujki, babki i dziadki zamiast "cześć Blanka" mówią "ale nie poleci do tyłu??" :) 

W te wakacje natomiast stałyśmy się ofiarami mody, i to był głównie mój błąd. Zawsze, ale to zawsze jak jest lato stawiam na mini bądź midi, gdyż taszcząc 35-kilową i długą retkę nie chodzi się w pięknych, powłóczystych i długich sukniach, no nie i kropka. Ale kombinezon... Taki fajowy, luzacki na dole, obcisły na górze...? On też nie wybaczył. Nogawka w swojej szerokiej naturze została przydepnięta i reszta spraw potoczyła się lawinowo, trochę jak z rzepką. Utrata równowagi, mama na plecy, Blanka na mamę, a na nas obie rozradowany zabawą w kanapkę - pies. Byłam tyle przerażona co wdzięczna, że wyjątkowo zaparkowałam na trawie a nie na kostce. Moje kościste dupsko zamortyzowało upadek B., która ubawiła się zacnie, ja natomiast leczyłam potem tą zbitą dupę i pęknięte serce, że znów naraziłam tej mój opluty skarb na niebezpieczeństwo. I to w imię czego?! W imię ekstrawaganckiego stroju na lato. 

I teraz dochodzimy do spraw dużo bardziej poważnych. Do trucizn znaczy - leków. B. przyjmuje całe tony substancji leczniczo-trujących od kiedy miała półtora roku i to nie jest witaminka D3 choć nawet tą można zrobić krzywdę. U B. leczymy głównie padaczkę (tu liczba drażetek, pigułek, kapsułek i syropów zawsze biła wszystkie inne wydawane leki na głowę) ale też musi czasem brać środki pomocnicze. Na układ pokarmowy, kiedyś na odporność, czasem na bolesne kobiece sprawy albo inny ból (choć to bardzo rzadko). Teraz mamy trzy tabletki rano i trzy wieczorem, ale bywało że miała po cztery plus dwa syropy dwa razy dziennie albo w jeszcze innych kombinacjach po kilka razy dziennie. Wszystkie tabletki są w sumie podobne, niestety raczej białe i mało charakterystyczne. Pamiętam jedne, które wyglądały jak koniczynki, i je lubiłam, bo były charakterne, koniczynkowate i trudne do pomylenia z czymkolwiek innym, ale to był wyjątek. Niestety nie pomagały na nic, więc szybko odeszły do archiwum lekowego mojej B. Ale jak są wszystkie w sumie żółte bądź białe, bez napisów, bez czegokolwiek odróżniającego je od innych? No... I jeszcze jedno. Jak bierze rano i wieczorem to samo to jest super, prawda? Ale rzadko się tak udaje. Teraz mamy dwie żółte rano i te same dwie żółte wieczorem, ale jedną białą rano i jedną bardziej podłóżną ale też żółtą wieczorem. Wszystko nabite do kasetki na leki, podpisane "RANO" i "WIECZOREM" i sprawdzane dwojako, przy cotygodniowym pakowaniu i przed podawaniem. Czasem nawet trzeci raz się sprawdza przed samą buzią. 15 lat się udawało (z jedną małą wtopą dotyczącą ćwiarteczki podanej gratis ale B. tego nie odczuła prawie wcale, ale ja chodziłam po ścianach połapawszy się). Niedawno wtopa była dużo bardziej spektakularna :( Sprawdziłam przy nakładaniu, ale A. nie sprawdził przed podaniem. Doszedł pośpiech do szkoły, pies nawiał obszczekiwać zwierzynę, pudełko obróciło się do góry nogami, kasza ze śniadania ukryła bardziej żółty kolor tabletki podanej za szybko. O 12 godzin za szybko. Pomyliliśmy leki z wieczora z tymi podawanymi rano, efektem czego B. dostała podwójną dawkę dobową jednego z lekarstw na epi. Nie połapaliśmy się od razu, a ona pojechała normalnie do szkoły. Około 10.00 telefon, że wymiotuje i jest jakaś dziwna, spina się, bardzo poci, popłakuje. Zrobiłam rajd dakar, bo byłam w mieście obok na zakupach i jak ją  zobaczyłam to od razu wiedziałam, że to nie są zwykłe hafty łowickie (ani rota ani napadowe, które też się Lali zdarzają). B. jak nie B. Sztywna, mokra, zimna, oczy jak u sokoła wędrownego. Przerażenie. Kompletnie nie wiedziałam co robić, czy gonić na szpital czy do domu? Czekać czy działać? Obstawiałam, że to albo jakiś stan padaczkowy i zaraz polecimy na SOR neurologiczny do Wrocka, albo początek mega grypy. Jednak najbardziej bałam się, że rett właśnie wyrzuca mi na stół cztery asy i  mamy koniec rozgrywki. Że siada jej wszystko i cała rett-stabilizacja idzie właśnie w diabły... Tak bardzo się o Nią bałam. W domu pobiegłam po wodę i zerknęłam mimochodem na kasetkę z lekami;  w sekundę już wiedziałam co się stało. Poczułam jakąś paradoksalną ulgę, że to nie ten gnój mi Ją zabiera i zaczęłam działać. Najpierw telefon do neuro, potem do rodzinnej, obie dzięki Bogu odebrały i kazały oddychać i cieszyć się,  że wymiotowała, bo jej organizm pozbył się tego świństwa ile mógł. Potem decyzja o kroplówce nawadniającej i monitorowanie czy nic się nie zmienia, zmierzyłam cukier, saturację, cały czas do niej gadałam. A ona spała, ale to nie był zwykły sen, tylko sen zaćpanego na amen amatora substancji odurzających. No i rajd po aptekach, biedny mój ojciec, nigdzie nie było wora wody z elektrolitami, mimo, że mieliśmy kody, recepty i błogosławieństwa - fizycznie jest jakiś koszmarny problem z dostępnością środków do kroplówek. Ale udało się, pożyczyliśmy pół litra z przychodni, B. zanim dostała kroplówkę wracała już pomału do siebie. Trzęsła się, była blada, mokra, zimna i spięta, ale już na mnie reagowała. Z każdą kropelką płynów było tylko lepiej. Jej. A nam? Nie pytajcie... Poczucie winy i przerażenie. Choć sami wiemy, że przy milion razy dobrze wykonanej czynności może zdarzyć się ta jedna, która pójdzie nie tak. Statystyka i wypadek, który mógł nas kosztować zbyt dużo. 
 
B. już całkiem dobrze, wybaczyła nam. Procedury bezpieczeństwa zostały zaostrzone do granic absurdu. "Sprawdź leki" jest najmodniejszym hasłem w domu, nawet Mniejsza wstała ostatnio i mówi "sprawdziliście leki?". Niedługo pies zacznie mówić to samo. Ciężko i łzawo. Zbyt żywy jest we mnie jeszcze strach o jej życie, bo o zdrowie to już i tak pobite gary. W recie "ch.owo ale stabilnie" jest najlepszym możliwym stanem. 

                                                                                       A. 

Grafika: skris.pl

1 komentarz: