Albo chociaż spróbować jakoś te myśli i uczucia w słowa poubierać… Ale jakoś nie pasują do tego co czuję. Gdy patrzę na Blankę, na to jak choroba zżera to małe ciałko, określenie żal pasuje jak bluza dresowa do wieczorowej sukni. Za pospolite to słowo, za proste, za… zwykłe. I przede wszystkim - za małe. Jak mogę powiedzieć, że mi jej żal? Żal to zeszłorocznego śniegu albo pięciu dych na następną parę butów. Ewentualnie sąsiadki co sama musi dźwigać ciężkie zakupy… A może inaczej jakoś? Że boli… Też jakoś nie leży… Bo jak niby ma opisać uczucie, które wytrawia duszę, odbiera czasem rozum i zaciemnia odbiór rzeczywistości… Pozostawiając po sobie tylko okrutną bezsilność i pustkę… Beznadzieję i rozpacz… Właśnie, może to jest rozpacz? Też niezbyt, trochę jak skarpety do sandałów. Niby do przełknięcia, ale jakoś bez zachwytu… Bo skoro stan rzeczy zaakceptowany, szok już minął, z chorobą względnie umie się już żyć, dopasowało się do niej mnóstwo życiowych detali… Czyli już się nie rozpacza… A jednak patrzę na Blankę i TO zalewa mi całą duszę i serce… i jest mi… co? Przykro? Smutno? Źle? Trudno?
Nic dziwnego, że innym trudno jest zrozumieć jak TO jest… Ja sama nie potrafię tego ubrać w słowa. W słowa leżące zgrabnie i po prostu pasujące. Jak dobrze skrojony garnitur a nie koszula z poliestru z za krótkim krawatem na przykład…
Tego się nie da opisać… Słowa też tu są bezradne.
A.
Grafika pochodzi ze strony: duckorino.blogspot.com
Jak pięknie i precyzyjnie zostało to przez Panią ujęte. Naprawdę jest to sztuką. Podziwiam i serdecznie pozdrawiam
OdpowiedzUsuń