piątek, 8 marca 2013

"Oskar i Pani Róża" - recenzja bardzo osobista...

      Shmitt zaczarował mnie jakiś już czas temu “Trucicielką” oraz innymi opowiadaniami (szczególnie “Koncertem Pamięci Anioła”).  Wszystko co wyszło spod ręki tego człowieka od razu trafiało w moją duszę… Zupełnie świadomie unikałam opowiadania “Oskar i pani Róża”. Mimo, że to jedno z najsłynniejszych dzieł autora, połączenie pojęć 10-letni chłopiec - nowotwór - śmierć na obecnym etapie mojego życia powodowało, że wciąż nie byłam gotowa by wejść w świat Oskara. Ze znaczną obawą, że książka rozwali mnie na drobne kawałki, postanowiłam dać geniuszowi autora szansę… I powiem szczerze, nie sądziłam, że taką ulgę i nadzieję mi ta lektura przyniesie…

Książka przyciąga już samą okładką (które u Schmitta nie są przypadkowe, ciągle mam w pamięci piękne zdjęcia z okładek innych jego pozycji). Małe chłopięce nóżki ubrane w skarpetki w męskich eleganckich butach… Prosto a przy tym przekaz niesamowicie mocny… Zawartość bardzo podobna: proste formy listów pisanych świetnym i naturalnym językiem 10-latka do Boga. Właśnie chyba to zderzenie prostych form literackich, błyskotliwego acz potocznego języka, bohatera w osobie małego chłopca z tak fundamentalnymi sprawami jak Bóg, życie, śmierć, choroba, cierpienie daje niesamowity efekt… Połączenie tego co wielkie i ostateczne z tym co “tu i teraz”…

Powieść jest typową lekturą na jeden wieczór, nie wierzę, by dało się jej nie “łyknąć” na raz. Od początku mamy tak naprawdę świadomość do czego główny bohater zmierza… Jest nieuleczalnie chory na nowotwór, leczenie nie dało oczekiwanych rezultatów, a Młody wraz ze swoim najbliższym otoczeniem zmierzają się z tematem śmierci. W 12 ostatnich dni życia, dzięki osobie wolontariuszki Cioci Róży, dzieciak ma szansę poznać smak życia i odkryć jego najgłębszy sens… Zadaje najtrudniejsze pytania, po czym otrzymuje od bliskich i Boga najprostsze odpowiedzi. Wraz z Ciocią Różą poznają samą kwintesencję takich pojęć jak miłość, rodzina, oddanie, strach, ból itd.

Pozornie książka o umierającym dziesięciolatku może wydawać się lekturą zbyt ciężką, zwłaszcza dla nas, rodziców, którym z dużą pewnością przyjdzie zmierzyć się z tematem osobiście… Jednak w mojej ocenie jest to lektura tak nadziejo-twórcza i przynosząca jakąś nieopisaną ulgę, że nie można jej pominąć. Jak napisano w Przekroju: “Działa jak ekstrakt przywracający wiarę”. Ostatnie zdanie książki, napisane przez Panią Różę do Boga było dla mnie jak walnięcie w łeb wybudzające z duchowego letargu i wiecznego strachu przed tym co nieuniknione…

Po prostu, nie można tej książki nie przeczytać. A tak naprawdę - nie przeżyć…


                                                                                                                                                                                                            A.

Ilustracja pochodzi ze strony: viollet-na-obcasach.blogspot.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz