Jestem z natury osobą bardzo przychylnie nastawioną do ludzi; generalnie, zawsze zakładam, że inni są tak samo nastawieni do mnie.
Odkąd urodziła się Mała, wiem, że takie myślenie to błąd. Mega-błąd. Każdy z nas bierze przymusowo udział w nigdy niekończącej się akcji pt. “załatwianie”. Załatwiamy wszystko: pieluchy, wózki, recepty, wizyty u lekarzy, turnusy rehabilitacyjne, skierowania, zlecenia, orzeczenia, wypisy, opinie i milion pięćset jeszcze innych zjawisk. Przy tym chcąc - nie chcąc spotykamy setki ludzi odpowiedzialnych za to czy “załatwimy” czy nie.
Jeszcze 2 lata temu przybywałam do wszelkiego typu instytucji uzbrojona w promienisty uśmiech od ucha do ucha, pełna wiary w drugiego człowieka i to, ze jest on/ona tam po to by mi pomóc. Moje podejście przynosiło efekt taki, że przytłaczająca większość urzędasów traktowała mnie jak gówniarę, którą łatwo można spławić rzucając na końcu jasne i bezwzględne “nie-da-się”. Swoją drogą od “nie-da-siów” dostaję palpitacji i to się chyba nigdy nie zmieni.
Moja przyjaciółka o imieniu I. otworzyła mi oczy. Mówię do niej kiedyś, “Słuchaj I., ja nie wiem, poszłam znów po papier X do urzędu Y i nic nie załatwiłam. Nie dało się…”. A I. (a jest ode mnie znacznie mądrzejsza i bardziej rozgarnięta) mówi mi na to: “Bo Ty masz złe nastawienie, jak idziesz do nich, to jak na wojnę, żadnych uśmieszków; wiesz, jak na ringu, przed walka, musisz zastraszyć przeciwnika. Ja, jak tylko wchodzę jestem już cała zjeżona”.
Fakt, ze I., jak już się gdzieś wybierze (a jest mama cudnej skośnookiej Królewny), to załatwi, dał mi do myślenia, że może rzeczywiście coś ze mną jest nie tak…
Postanowiłam poddać jej teorie bezwzględnej rzeczywistości. Wybrałam się więc ponownie do urzędu X uzbrojona tym razem w cały arsenał igieł na grzbiecie i z marsowym wyrazem twarzy. O dziwo, pani znana mi wcześniej ze skłonności do utrudniania, przyjęła postawę uległą, i na moje jasne i konkretne żądanie wydania papieru wyraziła natychmiastową zgodę. Po krótkim zimnym dialogu i uzyskaniu tego co chciałam, pozwoliłam sobie błysnąć zębem w szczerym uśmiechu tryumfu i odwróciwszy się na pięcie, wyszłam.
Fakt, ze I., jak już się gdzieś wybierze (a jest mama cudnej skośnookiej Królewny), to załatwi, dał mi do myślenia, że może rzeczywiście coś ze mną jest nie tak…
Postanowiłam poddać jej teorie bezwzględnej rzeczywistości. Wybrałam się więc ponownie do urzędu X uzbrojona tym razem w cały arsenał igieł na grzbiecie i z marsowym wyrazem twarzy. O dziwo, pani znana mi wcześniej ze skłonności do utrudniania, przyjęła postawę uległą, i na moje jasne i konkretne żądanie wydania papieru wyraziła natychmiastową zgodę. Po krótkim zimnym dialogu i uzyskaniu tego co chciałam, pozwoliłam sobie błysnąć zębem w szczerym uśmiechu tryumfu i odwróciwszy się na pięcie, wyszłam.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, i kusiło do wyciągnięcia wniosku, że rodzice chorych dzieci to gbury i niekulturalne chamy to z moich doświadczeń wynika, że nie będąc jeżem w tej dżungli procedurek i formalistów niewiele się załatwi. A załatwiać w naszym pięknym kraju trzeba, żeby nie zostać z jedną godziną rehabilitacji na NFZ w tygodniu.
Agata
Artykuł publikowany był na stronie: www.damy-rade.org, zapraszam!
Grafika pochodzi ze strony: www.swir.us
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz