czwartek, 14 marca 2013

Wyżej Retta nie podskoczysz, czyli jak trudno przyjąć porażkę

     W dwa miesiące dwa razy szyta głowa, ostatnio na środku czoła 4 szwy… Znów w Blankę weszły drzwi. Cholerne i złośliwe drzwi. Siniak na siniaku. Mała coś przegrywa z grawitacją… Dziś - przecięty łuk brwiowy i nos jak po walce z Gołotą. A nie, w świetle ostatnich wydarzeń sportowych, to raczej jak po walce z Saletą. Różowy i gustowny kask zakupiony, ale zawsze coś ją zaczepi, jak nie stół, to próg. Jak nie próg to sznurówka. Bo papcie były źle zapięte, bo przebiegł kundel obok, bo zupa była za słona… i GLEBA! Czasem nawet bez żadnych widocznych winnych, bo Blanka to jedyny człowiek poza Chuckiem Norrisem, który pada od własnego pół-obrotu.
Zawsze się tam kogoś za atak podłogi obwini… Albo buty, słabość, leki przeciwpadaczkowe etc. Tak trudno przyznać, że to następna faza postępu choroby. Że to, co odsuwa się w najdalsze zakamarki podświadomości, właśnie się dzieje. Że to właśnie jest etap, pt. “dziewczynka przestaje chodzić”. Że w tej cholernie nierównej walce znów 1:0 dla Retta. To nie papcie, to nie uporczywie polujące na Blankę drzwi, nie powalające zawirowania powietrza… To Rett. I dzieje się naprawdę, chociaż błagam, by był to tylko koszmarny sen…

Kolejna walka przegrana. Ale nie wojna! Czas wyleczyć rany, uzbroić się w gardę, otrzeć łzy i znów podjąć rękawice…


                                                                                       A.


Grafika pochodzi ze strony: www.demotywatory.pl

1 komentarz: