Czytałam ostatnio na blogu jakiejś rettMamy ciekawy wpis... O zdziesiątkowanej przez chorobę córki liczbie przyjaciół, o tych, którzy zostali i tych, którzy dołączyli już po diagnozie. Historia znana wszystkim, którzy nagle dostali choróbskiem w łeb. Pewna rzecz z tego tekstu bardzo mnie zaciekawiła... Autorka wpisu rozważa reakcje tych, którzy byli przy niej w godzinie "0". Ona, czarna otchłań rozpaczy, strach, przerażenie i diagnoza. Moment, w którym pewnym staje się, że jest źle. Od razu, jakby odruchowo, widzę siebie w tamtym momencie. Był to dzień, w którym neurolożka znająca Blankę od początku powiedziała, że wszystko "wygląda na absolutnie typowego retta". Pamiętam jak jechałam z A. z Wrocławia do domu, Blanka klepała i pluła w foteliku a ja dusiłam się łzami. Potem było długo długo nic, oprócz tygodni łez, odliczania godzin do wieczora i pogrążonej w rozpaczy wegetacji. Ale przeszło, minęło... Jak wszystko.
RettMama, która napisała ten wpis, zadaje w nim jedno proste pytanie: "Ile osób usiadło wtedy z Tobą i razem z Tobą płakało?"... Właśnie. Tylko dwie bezpośrednio zaangażowane; mój mąż i mama plus może z jedna jeszcze...
Dlaczego tak jest, że w ekstremalnym momencie życia nie ma z kim popłakać? W owym czasie wkoło mnie była cała masa ludzi, przyjaciółek, koleżanek, rodziny. Nie wierzę, że nie zdawali sobie sprawy z tzw. "powagi sytuacji". Od samego początku stawialiśmy sprawy dotyczące Małej bardzo jasno, bez dramatyzowania, ale też bez udawania, że nie jest tak źle. Znając mnie czy A., nie można było wtedy nie zauważyć, że świat nam się wali a grunt ucieka spod nóg... Zresztą nie kryliśmy tego, mówiliśmy wprost, zwłaszcza ja, że jesteśmy załamani, przerażeni i bezradni. Pewnie unika się okazania emocji osobie, która jest aktualnie w dole, by ich nie pogłębiać... Z mojego doświadczenia wynika jednak, że przynosi to efekt odwrotny. Miałam wtedy takie wrażenie: "Jezu, ja się rozsypuję w drobny mak, a im nawet pół łzy nie poleci. Jestem do niczego, bo wszyscy sobie z tym radzą..."
Dlaczego więc nie znalazł się nikt, kto by usiadł i pozwolił nam obu wywalić te emocje ze łzami? To na pewno wymaga wielkiej odwagi, by we dwoje zmierzyć się z, jakby nie było, tragedią. Trzeba chyba też ogromnej siły, by wziąć bliską osobę za rękę i wejść w jej otchłań rozpaczy oraz nie kazać udawać, "zbierać się" i ogarniać. Wtedy, w tym świecie lęku i bólu, nagle zauważamy, że nie jesteśmy sami... Że ten nasz bliski Ktoś przyszedł tu by wylać swoje łzy także. I nagle, w absurdalnie prosty sposób - wszystko staje się prostsze...
Mówi się, że prawdziwy przyjaciel, to ten, który umie z nami płakać. I to jest chyba prawda.
Agata
Grafika pochodzi ze strony: www.akuweit.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz