Pomagam ostatnio Adamowi na budowie. W sumie szumnie nazwana "budowa" to skromne mieszkanko po Babci, mające jednak jeden podstawowy i niezaprzeczalny atut: 20 zamiast 74 schodów! Więc jeszcze parę tygodni, kilkanaście worków cementu i tuzin włosów z głowy A. i będę najszczęśliwszą rettMatką na ziemi. I tak sobie dzisiaj w radosnym intelektualnym niebycie maziałam gruntownikiem ścianę w przedpokoju... Maziaj za maziajem, kawałek za kawałeczkiem zaczęłam zdawać sobie sprawę z paru rzeczy...
Stara brzydka ściana, kilka ruchów ręki, narzędzia i czas - efekt: nowa ładna ściana. Proste? Proste. Jest sukces, jest efekt, jest poczucie siły sprawczej i wpływu na rzeczywistość. Można dzięki wysiłkowi i kreatywności zrobić ze starej ściany prawdziwą miss ścian...
Może i nawąchałam się lakieru, ale do czego zmierzam. Zaczęłam rozumieć skłonność A. do pracoholizmu. Jest wkład energii, są proste i przewidywalne (!) efekty, sens działań przynosi oczekiwane rezultaty. Jest praca - jest nagroda. W mojej pracy było podobnie, tyle, że na efekty czekało się dłużej, nie zawsze były łatwe do przewidzenia a fizycznie męczyło się nieporównywalnie mniej. Jednak był obiekt (jednostka nauczana), wkład pracy (godziny korepetycji, lekcji, konwersacji), narzędzia (słowniki, mój dziób, kaleczący angielszczyznę dziób ucznia) i zawsze był skutek wspólnej pracy. Imponująca 3+ z kartkówki, "kumacja" przeczytanego po angielsku tekstu, lepsza lub gorsza, ale jednak, wymowa. Tak czy inaczej - efekt i skutek był. Tak jak ze ścianą - schemat "praca + czas + narzędzia + chęci = sukces"...
Przenieśmy to na rett-grunt domowy. Recisko ma to oto równanie w całkowitym poważaniu. Od podstawowych czynności zaczynając, np. zajmującego mi pół życia usypiania... Jest łóżko, spokój, kołysanki, ręce mamy i dziecko. Efekt powinien wyglądać następująco - odpoczywająca szczęśliwa dziewczynka. Niestety osiągamy go albo po walce jak z obdzieranym ze skóry zwierzem, albo ja padam pierwsza. Zawsze natomiast jesteśmy umęczone do granic. Rzecz druga: uczenie... Kiedyś miałam takie nienormalne pomysły, żeby Małą czegoś nauczyć. Po trzech latach dałam sobie w dużej mierze spokój, ale kiedyś jeszcze wierzyłam, że się da. Były narzędzia, chęci, różnorakie metody, czasssss, mnóstwo czasu... I co? Efektu nie było. Była walka, szarpanie, rozczarowanie, zaskakujące zwroty akcji... Nigdy natomiast nie było prostego (czyli w tym pojęciu - spektakularnego) efektu. To samo z rehabilitacją. Trzy kroki do przodu, pięć do tyłu. Wszystkie warunki spełnione - sukcesu brak.
I tak po stworzeniu tej ściany pomyślałam sobie, że praca zawodowa w sensie poczucia swojego wpływu na kształtowanie rzeczywistości jest radosną rozrywką... Jest A, jest B, wychodzi C. C, które wiadomo, że wyjdzie, bo na nie zapracowaliśmy. Po latach pracy możemy nawet przewidzieć jakie C będzie i nie ma obaw, że przyjdzie zły wilk o imieniu rett i przygniecie swoim włochatym dupskiem C, a A i B zeżre, odgryzając przy okazji nam paluchy...
Tej przewidywalności, oczekiwanych efektów, w ogóle efektów pracy w rett-życiu mi brakuje chyba najbardziej. Tego, że uprawia się, jak to mawiał mój ojciec "rzeźbę w gównie". Źle to brzmi, bo mowa o ukochanym dziecku, ale wiecie o co mi chodzi... Zupełny freestyle, brak poczucia, że ma się wpływ na kształtowanie tej życiowej rzeczywistości. Człowiek się stara o upragnione A + B = C, a tu ani A się nie uda, ani B, już o sumie C nie wspominając... Dziś przy tym gruntowaniu szczerze zapragnęłam być budowlańcem. Może mąż mnie przygarnie kiedyś jako pomocnika...
Agata
Grafika pochodzi ze strony: www.wykanczanieb2b.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz