niedziela, 13 października 2013

Niski poziom energiiii...

Energii zawsze będzie deficyt przy chorym dziecku... Nie oszukujmy się, zwykle będzie się lekko pod kreską. Bo jak dziecię grzeczne i zdrowotnie zrównoważone, to coś innego chętnie się zdupi. Jak nie grafik rypnie, to zabraknie mleka do kawy, ostatecznie pies zrobi kupę na środku pokoju. A jeżeli nawet nie jedno z powyższych, to zawsze można liczyć na rząd nasz umiłowany i kraj mlekiem i miodem płynący, w którym za zgodę to połowa by zabiła. W kraju nad Wisłą zawsze sytuacja rodziców dzieci npspr jest... że tak powiem... energo-chłonna. Tu zawsze ma się to jakże dodające skrzydeł poczucie bycia nierobem, kombinatorem i typem "chapiącym z fundacji". W sumie... Retta się dostało to trzeba chapać; na futra, sztuczne rzęsy i zagraniczne wycieczki z pilotem.
Czyli poziom energii jest, powiedzmy sobie, niski. Popularne sposoby z gazet pt. "Jak się nie dać jesiennej chandrze" są jakieś niewystarczające. Wystawi się dziób na UVA i UVB, poczyta książkę, zrobi coś równie egoistycznego, ale to i tak mało... Więc skąd tą energię brać? Przyznaję, mi często pomysłów już brakuje. Jakiś ten świat smutny... Nawet na ulicy, uśmiechnij się do kogoś a zaraz zabije cię spojrzeniem bazyliszka. Nie daj Boże zażartuj w sklepie a rozwalisz się o mur nieżyczliwości i niechęci pani za ladą. Próbowałam wczoraj, w pepco. Bez sensu.
Piszę o tym, bo mam strasznie mało wokół siebie osób dających energię. Takich, od których się siłą rzeczy człowiek ładuje. Ale tych kilka co mam jest niesamowitych i nawet jak mają masę swoich problemów to zawsze służą jak ładowarki. I to bezprzewodowe, wystarczy spojrzeć i już się dziób śmieje a poziom energii leci w górę.

                                                                                          Agata

Grafika pochodzi ze strony: www.zielonastrona.blox.pl

1 komentarz: