piątek, 18 października 2013

Towarzyszyć w cierpieniu...

Mam zaprzyjaźnioną p. dr neurolożkę, która chyba gdzieś duchowo odbiera ze mną na podobnych falach i zawsze chętna jest udzielić mi rozgrzeszenia, no i oczywiście wysłuchać spowiedzi. Widziałyśmy się wczoraj...
Postrzegamy świat zupełnie inaczej. Ja widzę wredną, tracącą nerwy matkę, która wiecznie w całym tym bajzlu i chaosie czegoś zapomni, nie dopilnuje, nie ogarnie... Ona jest znacznie łagodniejsza w ocenie... I zawsze dorzuci kilka uwag, dzięki którym z neurologii dziecięcej, mimo, że z padaczką lekooporną i nieogarniętą, zawsze wracam jakaś silniejsza.
Wczoraj właśnie rozmawiałyśmy o tym... o tym wszystkim. O sensie mojego bycia mamą Blanki. Pani Doktorka twierdzi, że na moich barkach spoczywa jakaś niesamowita misja; misja towarzyszenia dziecku w cierpieniu. Przeprowadzenia jej przez życie, które upływa właśnie pod znakiem bólu i cierpienia. Że to Blanka wybrała mnie jako najlepszą opcję i, że to właśnie mi powierzyła to cholernie trudne zadanie - bycia ze sobą i wspierania w cierpieniu. Piękna w sumie ta teoria... 
Tylko, że tak. Pamiętam jak umierała moja Babcia, jak odchodzili Dziadkowie, jak cierpiały osoby mi bliskie. W pewnym momencie dla cierpiącego obecność tego "wspomagacza" w niedoli była już bez większego znaczenia, oboje wiedzieli, że cierpi się zupełnie sam na sam ze sobą. Wspierający chciał pomóc, a nie mógł, chciał zabrać na siebie ten ból, a nie mógł, chciał być, a już nawet to nie miało większego znaczenia... Więc czy to nie jest zbyt okrutne by być i patrzeć jak najukochańsza istota na ziemi tak cierpi? Jak dzień po dniu zostaje kładziona na łopaty przez chorobę, po czym wstaje, znów upada i tak w kółko? A ja co? Tak jak dziś... Stoję obok i jak ta kretynka się gapię... Blanka ma ostatnio coraz większe problemy z oddechem czyli hiperwentylacje. Dyszy, sapie, płacze, sinieje, trwa to kilkanaście minut i co...? Mama patrzy, szaleje, kombinuje, tuli... I nie robi nic. Bo nic zrobić nie może. Wspomaga w cierpieniu. I serce jej pęka, że to wszystko w 100% dotyczy jej dziecka... Że dusi się ona. Że boli ją. Że śmiertelnie wystraszona jest właśnie ta maleńka dziewczynka.
I to jest chyba istota mojego cierpienia w tym wszystkim...  Bo jestem obok niej, z nią, w każdej chwili, a nie mogę zabrać nic z tego cierpienia na siebie...

"Umieć kochać - do te­go trze­ba ukończyć szkołę cierpienia".  
 /Claude Lelouch/ 

Trudna szkoła... Pozostaje więc uczyć się dalej i mieć nadzieję, że się jakoś zda ten egzamin...
                                                                                            Agata

Grafika pochodzi ze strony: www.psychika.eu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz