środa, 20 listopada 2013

(Nie) zdążyć do perfekcji...

Ostatnio czytałam w Twoim Stylu (lokowanie produktu) pewien artykuł o kobietach wypalonych...  Nie wiem czy do końca trafny był tytuł, ale sam tekst już bardzo mocny. Czytałam i czytałam i z każdą linijką byłam coraz bardziej pewna, że to o mnie. 
Bohaterki tekstu to trzy kobiety, które można by określić słowami: kontrola, perfekcja i porządek. Listy zadań do zrobienia na każdy następny dzień, wszystko z najwyższym priorytetem ważności. Jak coś nie poszło z godnie z planem to dramat i cały świat obraca się w gruzy... No ja, cała ja... Sprzed około dwóch lat.
Wszystko na 105%, pod kreskę, na czas. Słowo świętością, kontrola, kontrola, kontrola. Przysięgam, NIK przy mnie wysiadał w przedbiegach. Nie mogłam i nie umiałam odpuścić. Z domu wyniosłam, że jak coś ma być zrobione to ma być! I to zrobione dobrze. I najlepiej już. Jak obiecałam to to zrobię. Jak plan zakłada 100% to się wykona 200%, w dodatku w trybie natychmiastowym. Efekty dla otoczenia były błogosławione, dziecko z Rettem ładnie dopilnowane, zaopiekowane, obiad na stole, rachunki popłacone, nic się nie zawaliło, nie zapaliło, logistyka domowa dograna na maksa... Ale co ze mną? Wszystkie te pseudo-porządkujące czynności miały na celu zamaskować chaos, który miałam wewnątrz... W środku Agata wyła z rozpaczy, że nie chce być tylko perfekcyjną panią domu i rett-matką na medal. Że jeszcze chwila i zapędzi się w tym kołowrotku na śmierć. Że mnie we mnie już chyba nie ma... Kobiety z artykułu doszły jeszcze dalej, ich psychika nie wytrzymała do tego stopnia, że czekało je długie leczenie i psychoterapia.
Musiały nadejść zmiany. Zaczęłam pisać, dla siebie, dla przyjemności, wyrzucenia strachów. Stopniowo, krok po kroku zmianie ulegało moje myślenie a bliscy coraz lepiej zaczęli akceptować moje nieperfekcyjne wcielenie. Zadania do zrobienia zaczęłam segregować na te co mogą poczekać i te co rzeczywiście mają wysoki priorytet. I zaczęłam sobie odpuszczać. Pozwalać na słabości, niedociągnięcia... Jak się okazało, świat się nie wali, jak pomylę godziny rehabilitacji albo zapomnę zapłacić rachunek. 
I jak jest teraz? Inaczej. Zaczynam umieć się szanować, mniej podsumowuję, mniej rozliczam. Coraz częściej mówię sobie "W dupie to mam" i z czystą premedytacją olewam sprawy mniejszej wagi albo ludzi, którzy nie są dla mnie ważni. 
Myślę, że to duży sukces umieć sobie wybaczyć... Rozgrzeszyć za nawrzeszczenie na chore dziecko, zawalenie tego czy tamtego... Nikt, kto zdaje sobie sprawę jakiej wagi to zadanie, perfekcji nie wymaga. Ja wymagałam jej od siebie sama... Sama spalałam się na wygładzaniu mojego i tak niepodpisującego się pod średnią krajową życia. Teraz już nie muszę. I nie chcę. 

                                                                                             Agata
Grafika pochodzi ze strony: www.photo.net

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz