czwartek, 26 grudnia 2013

Mam marzenie...

Jak to w okresie świątecznym, w mediach cała masa wywiadów z dziećmi i rodzicami mówiących o życiu z chorobą. Kilka razy widziałam ostatnio chłopca, który z powodu jakiegoś nowotworu przestał chodzić. Dziecko w wieku ok. 2-3 klasy podstawówki, młodsza siostra i rodzice z minami "ktoś umarł"... Żeby było jasne, nic do nich nie mam, podziwiam; dzieciak znosi autentyczne męki na tych chemioterapiach, chodzi mi o pokazanie pewnego rodzicielskiego modelu zachowań...
Wywiady, studio TVN, chłopiec dostaje pytanie od dziennikarza "O czym marzysz?", na co odpowiada bez chwili namysłu "Żeby chodzić. Marzę tylko żeby chodzić. Obiecałem rodzicom, że będę chodził." Na co rodzicieli zalewa fala łez a na ich twarzach maluje się uczucie ulgi, bólu, smutku i kilku innych rzeczy. Wywaliła mnie ta scena z kapci... Dlaczego?
Dziecko, do cholery, Ty masz też marzyć o Play Station 4, byciu strażakiem jak będziesz duży i wypadu z kolegami do multiplexu! Rozumiem, to absolutnie naturalne, że choroba wpływa na większość płaszczyzn życia, ale nie może determinować wszystkiego! Bez chodzenia też można zdobywać świat!
Rozumiem w dużej mierze rodziców tego dzieciaka, wydaje mi się, że nawet trochę rozumiem i jego samego... Ale jednego nie rozumiem. Tragedia, która wydarzyła się im wszystkim (jak wielu tysiącom innych rodzin) nie może przyćmiewać życia jako takiego! Bo ono toczy się dalej, bez względu na to czy ktoś zasiadł na wózku, ktoś inny ma retta na plecach, a jeszcze inny walczy pół życia z nawrotami choroby... Kwiaty kwitną mimo tego, że ktoś przeżywa właśnie tragedię życia. A świat wciąż oferuje masę rzeczy, które czynią ludzi szczęśliwymi. Wszystkich ludzi. Tych co nie chodzą - również.
Widziałam ostatnio kilka tego typu wywiadów z dzieciakami i rodzinami, jednak opisywany przypadek uderzył mnie najbardziej. Ten chłopiec to na wskroś nieszczęśliwe dziecko... Miał tak smutne oczy, że mi samej od razu chciało się płakać. Ale nie on sam był w tej rozpaczy uwięziony, rodzice ledwo mogli mówić, łzy leciały im wciąż po twarzach, a jeżeli już o czymś mówili, to głównie w kategoriach: męka, ból, nieszczęście, dramat. Nie można zapominać, że dzieci są zwierciadłami emocji rodziców... Myślę, że im wszystkim było by łatwiej, gdyby pozwolili sobie cieszyć się tymi okruszkami szczęścia, które życie im daje. Gdyby pozwolili temu dzieciakowi uwierzyć, że nie na dwóch kółkach pod tyłkiem kończy się życie. I gdyby sami w to uwierzyli.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak wymądrzanie się, bo my swoje też mamy na koncie... Jakiś okres "taplania" się we własnej tragedii, samoudręczanie, brak przyzwolenia na łapanie szczęścia wspominam jako najgorszy w moim życiu... Ale właśnie dlatego daję sobie prawo do zaryzykowania tezy, że gdy my dajemy moc uśmiechu naszej Blance - ona jest szczęśliwsza. Bardzo staramy się, żeby jej życie nie było tylko chorobą. Robimy rzeczy, które z punktu widzenia świata mogą wydawać się bez sensu. Wręcz zmuszamy ją i tym samym siebie do zauważania plusów. Bo bardzo chcemy, żeby jej marzeniem nie było tylko "Chcę nie mieć retta. Tylko o tym marzę. Bo obiecałam rodzicom"...

                                                                                              Agata

Grafika pochodzi ze strony: www.zplasteliny.ovh.org

4 komentarze:

  1. I o to w tym wszystkim właśnie chodzi:-) rett rettem a życie toczy się dalej. Nie ma co wracać do tego co było rozpamiętywać jak to kiedyś Mała chodziła a teraz nie miała mniej ataków a teraz jest więcej. ... jest jak jest i trzeba stawiać temu czoło. Marzenia człowiek ma różne i niektórych nie da się zrealizować ale są takie łatwiejsze i tymi trzeba się cieszyć:-) Aga ja wierzę że pomimo tego całego retta sretta Blanka woli jak się uśmiechasz niż beczysz w poduszkę :-) całuski Joanna ♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń