Zawsze jak wyglądam przez okno w moim (babcinym) mieszkanku, widzę park i ławkę, na której zawsze siadała moja Babcia. Nie, nie siadywała tam sama, miała mały zestaw swoich zupełnie nie-moherowych psiapsiółek. Zwłaszcza jedna z nich - Pani L. i układ Pani W.-Pani L. niesamowicie zawsze mnie ciekawiły...Inne czasy, inna bajka, ale przecież ludzie i relacje podobne... A jednak nie. Zawsze uderzało mnie to, że pomimo ich ponad 50-letniej zażyłości, nigdy nie posunęły się do tego by mówić sobie po imieniu."Pani W.", "Pani L." i koniec.
Zawsze były blisko, ale bez zbytniej poufałości... Pani L. straciła dziecko, o czym Babcia wiedziała, jednak nigdy nie zapytała jak to się stało. Rozmawiały o wielu rzeczach zostawiając sobie pewną strefę "bezpieczeństwa". Lata leciały, dzieci rosły, kończyły studia, pracowały, miały swoje dzieci, a obie Panie spotykały się ze sobą na ławeczce. Każda z nich przechodziła naprawdę trudne okresy w życiu, jednak zawsze do siebie wracały... Gdy jedna z nich "nawaliła", druga zaraz szła dzwonić z troską domofonem czy aby nie chora i skąd ta nieobecność, bo należy dodać, że w domu u siebie były może po kilka razy. Dom to była świętość każdej z nich, nienaruszalna strefa prywatna. Kto dziś ma tyle szacunku do drugiej osoby?
Dziś już by należało ten układ szufladkować, nazywać przyjaźnią, mówić, że zrobiłyby dla siebie wszystko... Patrząc na nie wydawało mi się, że "nazywanie" ich relacji byłoby jakieś absurdalnie niepotrzebne. Bo jak jest w dzisiejszym świecie? "Oddajemy życie" za siebie, z wielką łatwością przychodzi nam powiedzenie wszystkiego, począwszy od tego, że żyć bez siebie nie możemy, po czym za pół roku zabieramy swój worek z kapciami i idziemy bawić się gdzie indziej. Szufladkujemy siebie, relacje, nie dajemy sobie szans na naturalne oddalanie się i zbliżanie... Bo w prawdziwej przyjaźni jak na morzu, są przypływy i odpływy, raz jesteśmy bliżej, czasem z powodu sytuacji życiowej czy problemów musimy pozwolić sobie się oddalić... Ale wracamy, jesteśmy, trwamy. Wielką lekcję mi dała Babcia i jej Pani L. Pamiętam jak Janka już odchodziła, była bardzo słaba, a Pani L., mimo, że sama bardzo ciężko chora, przychodziła by spytać czy jej "Pani W. się trzyma"... To jest prawdziwa przyjaźń, która broni się sama swoją siłą a nie nie niosącą za sobą nic - nazwą...
Agata
Grafika pochodzi ze strony: theadventuresofmargeandpatty.blogspot.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz