Ostatnio przypadkiem skacząc po kanałach natrafiłam na pewien film... Uwagę moją przykuła po pierwsze - Farrah Fawcett, a po drugie i najważniejsze - niemowlę na jej rękach, które miało ewidentnie skośne oczki. Oraz doktor, mówiący wprost, że to dziecko jest "mongołem idiotą" i że należałoby je oddać do ośrodka, bo i tak długo nie pożyje. Nie mogłam tego filmu nie oglądnąć..."Nierówna walka", bo tak brzmi jego polski tytuł, to opowieść o rodzinie, w której rodzi się chore dziecko. Wiele dylematów poruszanych w tejże opowieści wydaje się być absolutnie uniwersalnych dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, jednak tym co mnie najmocniej zainteresowało były odczucia, motywy i działanie matki. Od samego momentu diagnozy kobieta chce zrobić wszystko, by miłością "uleczyć" swoją córkę. Robię tak samo, tylko pytanie jest, co każda z nas ma na myśli mówiąc o uleczaniu...
Jewel uparcie i stanowczo dąży do poprawy zdolności umysłowych córki, wielokrotnie powtarza, że dzięki nieskończonej miłości jej córka stanie się "inteligentniejsza", bardziej normalna, taka jak inni. Zmienia miejsce zamieszkania, by Brenda Key miała dostęp do odpowiedniej szkoły, sama poświęca dla niej czas i mnóstwo energii by rozumiała więcej i była jak najmądzrzejsza. Irytuje się jak jej dojrzała już dziewczynka zaczyna interesować się chłopakami. Robi wszystko, by Brenda Key żyła w społeczeństwie jako istota o przynajmniej przeciętnym ilorazie inteligencji. Jak można się spodziewać, starania matki nie przynoszą cudów... Dziewczyna, mimo, że bardzo samodzielna, nadal nie robi oczekiwanych postępów w sferze umysłowej. Jewel poddaje się.
Zaczęłam porównywać się z nimi... Z jakiś przyczyn nigdy nie zależało mi, żeby moja córka była mega inteligentną bestią, nawet wtedy, gdy myślałam, że będzie zdrowa a całe wspaniałe życie przed nią. Potem, gdy dowiedziałam się, że zdrowa nie będzie, miałam taki okres, że chciałam wszelkimi sposobami wyciągnąć ją za uszy do jakiejś bliżej nieokreślonej normy. Z tyłu głowy dzwoniły mi pojęcia "upośledzony", "inwalida", czy nawet "głupek", czułam, że muszę zrobić wszystko, by nikt nigdy nie pomyślał o moim dziecku w tych kategoriach.
Potem zaczęło mi przechodzić. Coraz bardziej poznawałam Blankę, jej możliwości, osobowość. Przecież nie IQ świadczy o naszym człowieczeństwie. Dlatego skupiłam się na tym, by Mała była jak najbardziej samodzielna... Czas mijał, choroba postępowała, Blanka traciła kolejne umiejętności. A ja? Znów musiałam zmienić tok myślenia. Nie, że sobie odpuściłam, zrozumiałam tylko, że moja córka jest taka jaka jest. Że może tyle na ile pozwoli jej choroba. Po prostu. A teraz na czym mi zależy? Żeby była szczęśliwa, czuła się kochana najbardziej na całym świecie, wiedziała, że akceptujemy ją całkowicie.
A co do inteligencji, to niepełnosprawne są narzędzia jej pomiaru. Moje dziecko prezentuje inteligencję emocjonalną klasy masters, ma niewiarygodne poczucie humoru i powalający urok osobisty. Jest odrębnym światem, w których rządzą zupełnie inne kategorie... Nie trzeba znać zasad deklinacji ani osiągnięć Marii Curie Skłodowskiej by być jednostką wybitną, a za taką właśnie uważam moją małą superbohaterkę...
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.chestergoad.com
Święte ostatnie kilka zdań. Gdyby jeszcze psychologowie to zrozumieli...
OdpowiedzUsuń