"To już nie jest mały słodki bobas..." - usłyszałam ostatnio od M., też rett-mamy. No nie jest. Ani jej ani moja. To już są duże (też słodkie) dziewczyny. I co w sumie z tego wynika?. Dla postronnych obserwatorów i znawców życia pewnie nic, ale dla nas - matek, jest to ogromny (i też bolesny) przełom. Bo co innego być mamą słodkiej małej niepełnosprawnej kilkulatki a co innego - dziewczęcia, które wiekiem zbliża się do lat 10... A potem - 20, 30 itd...Trudno mi pisać na ten temat, bo nie chciałabym być zrozumiana tak, że dorastając moje dziecko traci na "słodyczy", tym samym - jest mniej "atrakcyjne" dla otoczenia i mnie samej, dlatego jest trudniej. To zupełnie nie to. Chodzi o emocjonalne przejście między "mam małą dzidzię wymagającą opieki 24/7" a "mam dorastającą córkę wymagającą opieki 24/7"... Fizycznie zmieniają się stopniowo tylko detale (pierwszy ząb dla zębowej wróżki, dojrzewanie, rozmiar pieluch, prawie-nastolatka w różowym wózku) ale psychicznie zmienia się dużo, dużo więcej. Kolejna gorzka piguła do przełknięcia, którą funduje rett...
Chyba większość matek ma w głowie pewne wizje, których pozbyć się jest naprawdę trudno. Wiemy, że nasze śliczne małe córeczki wyrosną na najcudowniejsze kobiety świata, będą żonami, matkami, zrobią karierę (w tej czy innej formie), będą spełniać swoje marzenia i mieć pasje. I oczywiście okażą się piękniejsze, silniejsze i mądrzejsze od nas samych. A my - matki? Po wyjściu z pieluch będziemy szły równolegle przez ich życie patrząc jak z nieopierzonych kurczaków stają się świadomymi swoich wartości kobietami... Ja osobiście to właśnie marzenie miałam od zawsze na samej górze mojej marzeniowej top-listy. Nie udało się i nigdy z Blanką się nie uda...
Wizję B. w białej sukni za ok. 20 lat oddałam dosyć szybko i łatwo. To, że nie będzie mieć dzieci - jakoś też. Jednego nie mogę niestety w pełni przyjąć do dziś - że tak wyjątkowa osoba, którą jest moja Córka nie będzie mogła rozkwitnąć jak kwiat, bo trzyma ją w tej formie wiecznego kwiatowego pączka choroba. Wiem, że to wszystko w niej "siedzi" i gdyby nie dupo-rett, z dnia na dzień obserwowałabym tą najbardziej wyczekiwaną przez matki metamorfozę - powolną przemianę dziecka w kobietę...
Mam nadzieję, że ten kto miał zrozumieć to zrozumiał co chciałam przekazać. A kończąc (bo trochę mi się na oczach robi mokro) - jednego temu obsrańcowi rettowi nie oddam nigdy - B. jest, była i będzie moją przyjaciółką, najlepszą na świecie. Tak jak zawsze tego chciałam...
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.dzieci.pl
też uroniłam łzę...(niejedną) i pewnie jeszcze nie raz będą takie chwile...marzenia zostały gdzieś w tyle, za mgłą
OdpowiedzUsuńmama Julii (ZR 5 lat)
Kurde blade.....Ogarnij się ! : jak to dzieciaki mówią! i DO PIONU MI!!!
OdpowiedzUsuń"I't okay not to be okay as long as you're not giving up"
OdpowiedzUsuńI'm not! Pion letko ukośny ciągle zachowany :)
tak wie o czym piszesz ,to bardzo boli , i nie daje spokoju ,mama Klaudii zespół retta 9 lat,patrze i widzę że moja klaudusia to mała kobietka .
OdpowiedzUsuń