Nasze problemy ze spaniem (wieczne i mordercze), z chodzeniem, gryzieniem itd., są tak naprawdę niczym przy jazdach z piciem, bo one akurat mogą zagrażać zdrowiu i życiu... Pytałam lekarza, farmaceuty, nic nie doradzili, oprócz "No trzeba uczyć picia z kubka!" Blanka jest pod opieką logopedek od samego regresu, czyli prawie 4,5 roku, są lepsze i gorsze, ale dopiero ta najnowsza zaczęła brać na poważnie to co się dzieje w kwestii picia u mojego dziecka. Złą (jak się okazuje z perspektywy czasu) była decyzja o oduczeniu B. ssania z butelki. Bo przecież ona już taka duża, jak to z butli pić?! Więc się szybko oduczyło, Mała z tym akurat nigdy nie miała problemów, poszło ekspresowo. Niestety zabrakło alternatywy; nie pijemy z butli - nie pijemy wcale. Swoje robi też wrodzony (czy rettowy) brak pragnienia, moja Córcia da się zasuszyć na śmierć i nawet nie zamarudzi. Dopiero dzięki nowej Pani logopedce nastąpił pierwszy przełom. Zaczęłyśmy razem myśleć, czemu jest tak jak jest. B., czując zapewne mój stres spowodowany wizją "Odwodniłam na śmierć swoje dziecko", picia się chyba boi. Nie umie skoordynować łykania, zasysania i oddychania, łyk płynu wpływa w gardło jak szalony, słychać tylko dramatyczne chrupanie i chlupanie w krtani a oczy B. krzyczą "Nie umiem pływać, ratunkuuu!!!" Działa to tak, że kubek (zwykły, kapek, nie-kapek, medelowy, rurki, srurki i inne) kojarzy jej się tylko ze złem. Tak czy inaczej, picia w brzuchu nie ma. Na szczęście wpadł Pani logopedce genialny (i jakże prosty) pomysł - kisiel! Woda w żelu, no jasne! Na koloniach i w wojsku się pije i jakoś wszyscy żyją, gdzież ja miałam głowę?! Wystarczyło tylko zmienić konsystencję płynu na taką o mniejszej prędkości pływania po gardle, czyli gęstszą. I to naprawdę miało ogromny wpływ na codzienną zabawę w picie. B. zaczęła akceptować płyny jakiekolwiek, bo łatwiej jej kontrolować to co dzieje się z napojem jak wpływa do buźki. Jesteśmy na naprawdę dobrej drodze.
Z kisielem są jednak pewne niedogodności, bo wszystko się klei, codziennie gluty w garach, poza tym - bez gotowania się nie da. I tu przyszła mi z pomocą koleżanka i pomysł, który jest godny nagrody Nobla - zagęszczacz! W Europie robi taki firma Nestle, ale poszperałam, i okazuję się, że w Pl jest coś podobnego - Bebilon Nutriton, zagęszczacz do mleka i napojów (dla ulewających niemowlaków ale też - dorosłych z problemami w przełykaniu). O taki:
I to jest strzał w 10, przysięgam! Nie zmienia smaku potraw, bezglutenowy (na mączce chleba świętojańskiego), bezmleczny i nie trzeba gotować! Dwie maleńkie miareczki i z picia robi się kisielowaty napój. Jedyną wadą jest to, że z którąś z naszych herbatek robi jakieś cuda i zmienia jej kolor, na nieapetyczny szary. Ale generalnie jest hitem, cena też w miarę, dwadzieścia parę złotych a u dziadków, w podróży czy innych bez-garnkowych okolicznościach spisuje się na medal.
My walczymy nadal o picie mojego małego wielbłąda i wydaje się, że jest światło w tunelu... :)
A.
P.S. Kamila, dziękuję!!! :)))
Grafiki pochodzą ze stron: www.poradynazdrowie.pl i www.diveandshot.com

U nas problem z piciem zmniejszył się. Co prawda "wchodzi" tylko sok brzoskwiniowy mleko sojowe i rozcienczany Łowicz cytrynowy ale za to szklanka prawie jednym haustem. A bylo juz ze cud jak jedna szklanka na caly dzien.
OdpowiedzUsuńteraz moj cel to półtora litra na dzień.
Także każdy musi znaleźć swój sposób. Swiatlo w końcu sie pojawia...
Oj, ja za szklankę oddałabym się cała :))) Może do tego dojdziemy, wierzę, że tak! Biegnę po Łowicz cytrynowy, co mi szkodzi spróbować :D
UsuńPaulina nie ma problemu z połykaniem na szczęście. Nie chce pic z powodów trzech: brak pragnienia, hiperwentylacja, fatalne samopoczucie po napadzie. Wiec okno na picie pojawia sie rzadko. Ale robię jej nawyki czyli zawsze po obudzeniu podczas kąpieli etc taki wycwiczony rytm pomogl przełamać impas i przeskoczyć z poziomu szklanka na dzień do litra.
Usuń