Ten dzień musiał kiedyś nadejść. Po prostu musiał... Od zawsze byłam świadoma, że macierzyństwo to taki kawałek chleba, na którym sobie idzie wszystkie siekacze i trzonowce połamać, i że daleko mu do wersji z reklamy Almette. Pomimo ciągłego balansowania na granicy obłędu, masochizmu, euforii i rozpaczy, zawsze te sporty bardzo lubiłam. Bycie mamą jest naprawdę najlepszym co mi się w życiu zdarzyło, lubię to i tyle, co nie zmienia jednak faktu, że do perfect-mamy to ja mam jak stąd do Australii.Przedwczoraj, dzień armegeddonu i totalnej rozpierduchy jak i bezpośredni dowód na to, że minęłam się jednak z powołaniem. Sytuacja rysuje się następująco: Panna Duża z jesiennymi glutami i niezadowoleniem siedzi na kanapie i lamentuje. Bo znowu w życiu jej nie wyszło, bo zupa za słona a jabłka po 2,50. Panienka Mniejsza robi to co zwykle, czyli jest nadal na etapie misia koali albo kangura, tj. funkcjonuje tylko przylepiona do mnie; w chuście albo na lonćki. Nie daj Boże poleżeć, parzy w dupę tak bardzo, że no way. Na dworze coś co zabija zawsze i mnie i B. - w ciągu godziny po 15 razy słońce, deszcz, chmury, wiatr, słońce itd. Efekt jest taki, że B. szaleje, a mi pęka łeb. Tato będzie, ale później, Babcia musiała już jechać do domu a my we trzy sprawdzamy gdzie są nasze granice wytrzymałości. Niby nic, typowy maminy dzień jak co dzień, ale w duszy drze się głos "Heeeelp!" Myślałam, że to takie prostackie i że nigdy z mych ust nie padnie, a tu proszę, sama nie wiem kiedy wrzeszczę do obu: "Przecież się nie rozdwoję!!!". B. patrzy z typową dla siebie ostatnio miną szydercy a Mniejsza ze 100% pewnością i wiarą we mnie, że jak to nie?!, mama może wszystko, rozdwoić się przecież też. No problem. A mama co? Teatralnie opiera się o ścianę, zjeżdża dupskiem w dół i siedząc na podłodze na linii wrzasku obu panien toczy szlochy oraz gile z nosa doprawione całkiem pokaźną dawką łez.
Pytanie jest "Czy warto było???". I tu z absolutną pewnością odpowiadam - HELL YES!!! Yes, yes, yes! I niech ja sobie nie radzę, niech podgryzę czasem te ściany albo rozmyślam jak jedną czy drugą wcisnąć w okno życia albo oddać do zakonnic, ale ani mikrometra nie żałuję. Ba!, jak mnie upodlą trochę tym macierzyństwem i przeczochrają po podłodze, to czuję przynajmniej, że żyję. Bo dla nich warto nawet upaść do poziomu sznurówek.
A.
Grafika pochodzi ze strony: joeforamerica.com
Matko, jak ja lubie Pania czytac!!!
OdpowiedzUsuńDopóki ktoś czyta dopóty piszem :)))) Dziękuję!
UsuńBardzo mądre słowa.nie ma nic piekniejszego od bycia mamą
OdpowiedzUsuńDokładnie tak!
OdpowiedzUsuń:)
UsuńMiewałam podobne chwile - choć dzieci zdrowe.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Każdy chyba miewa, nie ma co strugać bohaterki :)
UsuńPotrzebuje coś napisać choć nie w temacie posta. ..wiem że to nie forum ale też pewnie nigdzie większego zrozumienia niż wśród czytelników bloga nie znajde.
OdpowiedzUsuńpo półtora roku napadów, po kolejnej zmianie leków przez półtora miesiąca nie bylo napadów. Pojawila sie nadzieja. Spacery. Samodzielne chodzenie. Nawet z radością przywitane "wariatkowe" jazdy. A dzis...
Kilkanaście napadów. Atak napadów.
I to spojrzenie jej mama ratuj. A mama nic nie może. Nerwowe tel do dr. Przestraszony mały który chyba zapomnial jako jedyny przez ten czas że ona mu nagle "znika".
Mam dość.
Forum, nie forum, grunt, że nikt tu nie błyśnie świętym oburzeniem ani nie zagra Anny Marii Wesołowskiej oceniając jaką matką być się powinno... A jak tak, to ja już go zmoderuję :p
UsuńChciałabym odpisać coś mądrego... Coś co pomoże, jakoś doda otuchy. Ale nie bardzo umiem. Wiem, i nie tylko ja, jak to jest jak mozolnie budowany domek z kart pt "jest lepiej, ona/on czuje się dobrze" nagle i w przeciągu minut się wali. Bez ostrzeżenia i przewidywanych rezultatów. A my stoimy, dzwonimy, patrzymy... Wiem jak to jest. Tylko wiem... I jestem myślami z Wami.
Pogorszenie pprzychodzi nagle, smierć też , znam to , cieszcie się każdą chwilą , tą złą może mniej , ale gdy zabraknie tej ukochanej dzieciny .... Agata piszesz fantastycznie !! uwielbiam czytać twoje teksty Maryla
OdpowiedzUsuńRewelacja!!
OdpowiedzUsuń