Skończyło się to uprzywilejowanie, że źródłem wszechobecnego w domu wkurwa (pardon) i bakcylem do siania niepokoju byłam tylko ja. Swego czasu nawet Blanki kolki nie były w stanie narobić w chacie smrodu. Chyba, że ten dosłowny. Don Rett szybko zwalił mnie jednak z tej pozycji głównego psuja nastroju w naszym stadzie...Zwykle jest tak (to jedna z opcji): Rett daje popalić B. --- B. robi się nerwowa/ niespokojna/ wściekła --- B. płacze/ wrzeszczy/ krzyczy/ lamentuje --- zaczynają mi się trząść ręce --- Mniejsza zaczyna beczeć --- A. myli leki na padakę/ wali się głową w szafkę / jest wściekły --- A. zaczynają się trząść ręce --- B. widzi, że zaczynamy biegać w miejscu --- B. płacze jeszcze bardziej --- Mniejsza podejmuje wyzwanie "kto będzie darł japę głośniej" --- EFEKT: sajgon, wszyscy wkur..., rett się cieczy. O mniej więcej taki schemat...
Co jak co, ale do spokoju szaolina nigdy nie aspirowałam, mimo tego jakoś odkąd mam dzieciska trzymam się w ryzach. Nawet jamnik zakopujący kiełbasę na później w swoje bety mnie nie wyprowadza z równowagi... Ale w momencie, gdy na stałe zapanował rett - jest on w stanie rozpieprzyć nasz spokój w 2 minuty. Jak mantrę powtarzam "Nie B. wina, niczyja wina, nie ma winnych i wina też ni ma..." ale mało to daje. I miotam się między wkurzeniem na jej chorobę a tym jak bardzo mi jej żal... Że stoję obok a ona musi być z tą niemocą sama. Że cały świat ludzi, a to dziecko musi znosić takie cholerne męki samo... Eh... Rett boli.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.prostezycie.bloog.pl
:* sa tez gorsze dni ... ze zdrowymi bachorami niekiedy idzie zwariować! uszy do góry !!!
OdpowiedzUsuńRetta zawsze na wierzchu.
OdpowiedzUsuńNienawidzę Retta.
żyć się nie da z Rettem.
ot taka w skrócie napisana prawda.