W liceum się "miało doła", ubierało czarny sweter wiszący po kolana i glany i ostentacyjnie odlatywało w czarną otchłań rozpaczy. Ania z Zielonego Wzgórza XXI wieku, taki młodzieżowy styl bycia. Bo rodzice coś nie tak, bo pała z fizy i bo trzeba wrócić do chaty o 22.00. Z prawdziwym psychicznym zjazdem to miało niewiele wspólnego tak naprawdę. Czym jest depresja przez duże D dowiedziałam się parę lat później... Z niemałym zresztą zaskoczeniem, bo prędzej spodziewałabym się u siebie raka prostaty niż tego co owładnęło wtedy moją psychikę. Powód był oczywisty - rett.
Czarna dupa wciągnęła mnie wcale nie tak od razu, najpierw była niepewność pomieszana z nadzieją, potem emocje i szok regresu, a dopiero później, gdy sytuacja z Blanką zaczęła się "stabilizować" w okrutny rettowy sposób, moja psycha siadła. I wcale nie było tak, jak się stereotypowo myśli - żadnego leżenia całymi tygodniami w piżamie, patrzenia w sufit, tłustych włosów i butelki po whisky pod łóżkiem. Nic z tych rzeczy. Ja funkcjonowałam, i to podejrzanie dobrze. Byłam cały czas aktywna, jeździłam z B. na reha, gotowałam, prowadziłam dom... A różnica polegała na tym, że nie miałam totalnie żadnych planów, marzeń ani wizji przyszłości... Byłam w środku jakby "pusta", wszystko robiłam mechanicznie, odruchowo, bez przekonania. Wstawałam, bo trzeba, ubierałam siebie, Blankę, robiłam to co zrobić było trzeba i marzyłam o wieczorze, żeby tylko móc iść spać, nie myśleć, nie czuć, nie widzieć nieobecnego wzroku Małej... Ale sen wcale nie przychodził, za to przychodziły koszmary. Sny, po których człowiek budzi się zlany potem i wizje Blanki powalonej przez chorobę... Gdy zapadała noc robiło się tylko gorzej. Wiedziałam, że jeszcze dwa kroki i po mnie. Nie, że rozważałam jakieś decyzje ostateczne, nie - miałam dziecko, musiałam żyć, ale sposób w jaki wtedy to robiłam przypominał życie zombi - żywego trupa.
Jest choroba, musi być i lekarz. Zdecydowałam, że dłużej tak się nie da, że czas się zbierać, dla Blanki, dla mojej rodziny. Dostałam cuksy i pomału zaczęłam wracać do życia. Nie było tak różowo, że nagle wstałam i zaczęłam śpiewać "What a wonderful world" ale z dnia na dzień wszystko zaczęło nabierać bardziej nasyconych barw. Znów zaczęło być fajnie, cieszyły małe rzeczy - spacer nad rzeką, dobry deseru, kwadrans z książką. Coraz więcej było w życiu życia a nie retta, więcej Blanki a nie bardzo chorego dziecka... Znów poczułam, że warto, że jest jakieś "jutro", na które warto czekać.
Ciągle jednak to była jazda na farmakologicznym szczęściu... Poczułam, że czas by moja dusza podjęła próbę generowania szczęścia sama. Trzeba było rzucić prochy, które na szczęście były z tych delikatniejszych, skutków uzależnienia nie odczuwałam, poza tymi psychicznymi. Ale i to się udało! Nie wiem, każdy ma inną motywację, moja właśnie się buja w leżaczku-bujaczku i zagryza ze smakiem ogon kota z Ikei :)
Z chorobami duszy chyba jest jak z alkoholizmem, ma się je do końca życia. Można być niepijącym alkoholikiem, można też chyba być szczęśliwym człowiekiem, który liznął depresji. Rzadko wspominam tamte czasy, bo były to dwa lata wycięte z mojego życiorysu i nie chcę, żeby wróciły kiedykolwiek. Może jednak dobrze było dotknąć dna, żeby się odbić i zacząć żyć na nowo. I z podwójną mocą stawić rettowi czoło.
A.
P.S. Nie wstydzę się tego, tralalala! Łatka wariatki to w sumie kompement :)
Grafika pochodzi ze strony:
Otóż to melancholia z liceum i przeżywanie Zbrodni i kary może sie schować. Rett to przeciwnik wagi ciezkiej. A moja waga raczej piórkowa;-)
OdpowiedzUsuńJa poszlam na terapię. Półtora roku. Pomogło. Pomogl też, podobnie jak u Ciebie, mały czlowiek biegajacy już po domu. Choć w tej chwili znalezc czas na mycie to wyzwanie. Ale co tam brud podobno uodparnia na alergię; -)
jedyna łyżka dziegciu taka że to złe samopoczucie gdzieś sie czai. Taki cień na ścianie. Przyczajony tygrys. ...
Oczywiście, że się czai... Dlatego napisałam, że to siada cieniem na całe życie i gdzieś w nas jest na zawsze.
UsuńZ racji zawodu znam Mr Retta. I innych.
OdpowiedzUsuńZ racji zawodu za kazdym razem zastanawiam sie (ale juz nie dziwie), jak to dziala, ze sa tacy rodzice, ktorzy „po prostu” (celowo cudzyslow) zyja dalej, a sa tacy, ktorzy zyja dalej, ale droga do tego „dalej” jest bardziej kreta i bardziej wyboista...
Moim zdaniem depresje najlepiej charakteryzuje ten oto filmik:
https://www.youtube.com/watch?v=XiCrniLQGYc
Mnie moj czarny pies znalazl, kiedy wraz z pojawieniem sie nadziei na nowe zycie, rownoczesnie zgaslo inne. Duzo za wczesnie. I w sposob, ktory nie powinien byc udzialem kogokolwiek.
Trzy lata terapii i setki niedelikatnych tabletek potem, moge powiedziec, ze jestem wdzieczna mojemu czarnemu psu... Za nauke.
I tak jak Ty, nie chce powrotu tych lat. A czasem sie boje.
Serdecznie Cie pozdrawiam.
K.