niedziela, 7 grudnia 2014

Nie, bo B. ...

Choćbyśmy były umówione od roku a to spotkanie miało być na miarę kawki Merkel z Kopacz, to odmówię w ostatniej chwili. Choćby wydawało się, że nic nie pokrzyżuje mi planów to być może będę musiała Cię zawieźć. Choćbym tylko podejrzewała, że z B. jest coś nie tak - wszystko zejdzie na drugi plan... A nawet na trzeci. Bo są takie dni, kiedy nie ma dyskusji a wybór między "umówiłam się" a "z B. dzieje się coś złego" jest absurdalnie oczywisty. Możesz się obrazić, rzucić fochem albo oceniać moje decyzje, ale to nie Ty a ja biorę pełną odpowiedzialność za jej życie. I gdy stwierdzę, że coś temu życiu właśnie może zagrażać, to wszystkie inne moje plany pójdą w nanosekundę w kąt. 
Czasem po prostu się nie da... Bo Ona walczy o każdy oddech, niepokój nie pozwala żyć albo zwyczajnie COŚ jest nie tak. Boli, uwiera, żre jak upierdliwy komar. A wtedy nie dam rady siedzieć na kawce i plotkach, bo moje serce  będzie i tak z nią a głowa zrobi wszystko by choć spróbować ulżyć w tym cierpieniu. Bo to nie jest tylko marudzenie niepełnosprawnej dziewczynki. To jest prośba mojego dziecka: "Mama, źle mi, pomóż...". 
I musisz zrozumieć, że choćbym nie wiem jak chciała nie zmieniać naszych planów, spotkać się, dać swojej popapranej głowie odpocząć, to gdy coś zacznie dziać się z B. - zmienię je od razu. Pomimo, że bardzo Cię lubię a kawa z Tobą dałaby dziką rozkosz... Odpowiedzialność za nią każe mi zostać i być blisko...

                                                                                                                                                   
                                                                                                       A. 

P.S. Ten wpis nie ma na myśli nikogo konkretnego, pokazuje tylko jak to niestety u mnie działa. Hierarchia wartości, obowiązki, przyjemności...

Grafika pochodzi ze strony: www.majewska-opieka.pl

4 komentarze:

  1. No niby wiedzą,jaka sytuacja,niby rozumieją,ale jak słysze-tylko nie odwołuj jak zawsze!(???),albo nie odwołuj w ost.chwili-to się mocno zastanawiam nad taką relacją...I tak oto ubywa ludzisków.ot chociażby z listy GG.Albo-Ty przyjedź do mnie, bo,ja we wtorek od 9-12 czekam na kuriera(zero dzieci.męża.psa.kota)ot....luzik.Justynka

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już właściwie nie mam koleżanek.
    Bo nie mogłam wychodzić. Bo zero opcji na wspólne zakupy teatry etc. Bo jak spotkanie to na spacer do.parku w pld.. bo wieczorem musze leki i pilnować. Bo zmieniły sie tematy (tam awanse szkolenia ewentualnie dzieci zajęcia tu napady pieluchy terapie). Niby wszyscy rozumieją ale mur sie tworzy a potem to juz naprawdę nie ma o czym rozmawiać.
    Ja nawet nie mam żalu. Tj chyba naturalny proces.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba tak... Mi też zostało kilka "sztuk" za to tych wartościowych. I wolę w sumie to niż udawane relacje z fejsbuka.
    Tylko wciąż mnie dziwi ten brak zrozumienia kilku osób jak mówię "Nie, 19.00 to nie jest godzina dla nas" i widzę minę jakbym mówiła po hebrajsku... O 19 jestem w trakcie lub po sajgonie, lekach, dwóch kąpielach, walce o spokój lub jego namiastkę u B. a czasem bywa tak, że sama odpłynę gdzieś na fotelu z gryzem kanapki w ustach. Ale co zrobić, ten kto chce zrozumieć, ten zrozumie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myśle, ze to jest zupełnie zrozumiałe... tak czy siak może wypijemy kiedyś kawę ;)

    OdpowiedzUsuń