niedziela, 8 lutego 2015

Poświęcenie?

Jedną z niewielu rzeczy jaka została mi z czasów studiów jest czepianie się słówek. Wiele już razy słyszałam o mym rzekomym poświęceniu się/siebie/życia/i innych tam dupereli na rzecz córki mojej niepełnosprawnej - Blanki. Skąd inąd macierzyństwo samo w sobie w masowej wyobraźni  funkcjonuje jako jedno wielkie poświęcenie. Nie, nie, nie! Moje bycie mamą B. i Mniejszej nie jest w żadnej mierze poświęceniem czegokolwiek i zrobię wszystko, żeby żadna z nich nigdy nie czuła, że matka coś na ich rzecz straciła.
Rzut oka na językoznawczą teorię. Synonimy "poświęcenia" - "oddanie", "wyrzeczenie", "ofiara" (wikipedia). Czepiając się na maksa to tylko jedno z tych trzech określeń może mieć pozytywne (przynajmniej w moim odczuciu) konotacje. "Oddanie", oprócz znaczenia w sensie "utraty", wskazuje na jakąś więź, plus, wartość dodaną ("oddanie się" komuś jest pozytywne, jakby nie było ;), z kolei dwa pozostałe dają na myśl raczej tylko szkodę czyli generalnie - minus. W przypadku mojego macierzyństwa (i to zarówno jednej i drugiej panny) nie może być mowy o żadnym saldzie ujemnym! Owszem, nie ma niczego bez kosztów, bo i w tym wypadku się pewną cenę płaci, jednak to co dostaje się w zamian - jest tego warte. Zatem jedynie "poświęcenie" w sensie "daru" mogę zaakceptować. Czegoś co wyciskam z siebie by dać moim córkom. Czasami mnie to kosztuje parę włosów z głowy i pół szklanki krwi czy łez ale to tylko jakiś skutek uboczny, nie kwestia główna. To ile muszę "zainwestować"  nie jest ważne - ważne jest to CO chcę Dziewczynom dać. Nie rzucam na stos ani swojej młodości, ani tipsów z brokatem ani setnego wypadu do spa. Bo to nie ma znaczenia. Znaczenie ma fakt, że jestem ich mamą, a to one ofiarują mi każdy następny dzień razem i tylko dzięki tej relacji życie ma smak i sens. A co mogę dla nich poświęcić? Ano tylko jajka na Wielkanoc :)

                                                                                                  A.

Grafika pochodzi ze strony: www.ekai.pl

4 komentarze:

  1. Prawda jest taka, że każda relacja jest swego rodzaju poświęceniem i tylko wtedy ma wartość. Wchodząc w związek, żyjąc w małżeństwie też coś "poświęcamy", dajemy część siebie, rezygnujemy z czegoś, żeby tej drugiej osobie było lepiej...
    Choć nie kwestionowałabym tego, że osoby takie, jak Pani, muszą dać siebie więcej, a czasem nawet "spalać się" całkowicie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest. Cos dac trzeba tyle ze ja nie mam poczucia, ze cokolwiek trace. Raczej zyskuje i to bardzo bardzo dużo :)

      Usuń
    2. Aaa. i jeszcze coś :) Bo ja to tak subiektywnie i ew. językoznawczo, na psychologii i relacjach nie bardzo się znam. Miarą "poświęcenia" właśnie jest chyba to na ile sami mamy poczucie, czy coś dajemy z własnej chęci i z radością komuś to ofiarujemy, czy mamy poczucie, że coś w imię wyższego dobra zostało nam wydarte. O to mi chodziło we wpisie. Innymi słowy - bycie matką moich dzieci daje mi, dużo daje... i nie czuję, że coś zabiera. A, że w mojej sytuacji to wymaga wielkiej pracy to oczywiste. Pozdrawiam :*

      Usuń