Jak już wszystkie są ubrane, dzióby posmarowane, najedzone, zwarte i gotowe to B. odstawia cyrk pt. "Padam". Jak w piosence: "Padam, padam, padam". Biegnę, podnoszę - pada. Trzymam nogą, opieram o ścianę, podpieram jamnikiem - pada. Zostawiam, niech leży i lecę po Mniejszą. Mniejsza ma jeszcze ciekawszą propozycje ubarwiania spacerowej rzeczywistości i stwierdza, że bez sensu z taką pustą pieluchą. Niech się pampers/dada/babydream nada do tego do czego stworzony. Mama rozbierze, przewinie, ubierze i sama z potem cieknącym po tyłku jak z Niagary dotrze do punktu wyjścia. Gdzie, przypominam uprzejmie - leży B. W najlepszej opcji leży, bo może już siedzi 2 metry dalej albo przybija czołem gwoździa. Wychodzimy! Tak jak w dekalogu "Zimowego spaceru z dzieckiem" pobrzmiewa - ubierz najpierw siebie potem dziecko, żeby się nie zgrzało. Jasne, żadna z nas trzech zgrzana przecież nie jest. Jak już wyjdziemy i zaliczymy pięć przepisowych rund wkoło kamienicy a matka dojdzie do siebie, można podjąć wyzwanie actimela, czyli wrócić z bandytkami do domu. Mniejszą się jakoś wniesie, w całym oprzyrządowaniu w 10 kilach się zamknie, w kupie (heh) się trzyma więc lecimy. Po drodze jedna lub kilka z opcji aktywizujących matkę: wypadnięcie smoczka (tak, tak, stroną silikonowego cycka do żwiru na schodach, nie inaczej!), nagły atak złości B., rzut kluczami pod nogi, przemiła pogawędka z sąsiadką itd itp. Najlepiej jak któraś się rozryczy, bo matka za wolno skacze albo z jakiejś innej przyczyny. A jeszcze lepiej jak drą się obie. To wszystko po mnie spływa jak po kaczce, aż do momentu wyciągania B. z wózka z jej czarodziejskiego śpiworu... Tu mój zen się kończy z prędkością światła. Nie wiem, mam podejrzenia, że Blanki wózkowy ocieplacz wszedł w jakieś konszachty z jej butami i żyją osobnym utajonym życiem. Ja za B., a tam Ją wszystko w środku trzyma. Jak w wierszyku; matka za Blankę, Blanka za śpiwór, śpiwór za wózek, wózek za podłogę i jeb! Totalna rozpierducha. Nie raz myślę, że wyjęcie samej B. z wózka zimą jest po prostu niemożliwe, wszystkie szmaty, pasy, śpiwory i inne muszą wlec się za nią. No ubaw po same (spocone) pachy.
Nie narzekajmy, idzie wiosna. Wtedy bez tych wszystkich okuć, obić, ciuchów i bajtli pójdziemy w długą, ino kurz pozostanie! :D
A.
Już się kiedyś zastanawiałam, jak Wy (bez pomocy babci/taty/koleżanki) z domu wychodzicie;), to już wiem:P
OdpowiedzUsuńSame wychodzimy tylko jak musimy, i to do auta albo na ogródek za domem :) Póki nie mamy dostawki i nie ma wiosny, to samemu to jest raczej sepuku :D Ale się da.
UsuńNie ogarniam, jak Ty to wszystko ogarniasz. Czołem wbijam gwoździe w podłogę - o tak się chylę!
OdpowiedzUsuńJeżeli chcesz, a proponuję zupełnie serio i daleko nie mam, przyjadę do Was zachustować Młodszą...
Niestety Mniejsze nie może być na razie chustowane ze względów zdrowotnych, przynajmniej póki nie siedzi. Odliczam dni do dostawki do wózka, albo wiosny, albo nawet lata :D Ale bardzo dziękuję :* Może kiedyś towarzysko albo na chustowanie, kto nas tam wie :)))
UsuńCzy któraś z Was zauważyła jaką Autorka bloga ma figurę po urodzeniu dwójki dzieci?? Mniammm... ;D
OdpowiedzUsuńSię tyra 24 h na dobę, się ma ;)
UsuńBicka jest?! Jest :D
UsuńOstatnio autorka bloga stwierdziła, że i tak dupa z tego życia i wieczory umila sobie szeroko (o ironio) pojętą konsumpcją więc wcale nie jest tak już powiewnie :)))