Zawsze wydawało mi się, że organizacja to moja mocna strona i całe to układanie puzzli pt. "dom" idzie mi całkiem sprytnie. Jak pojawiło się dziecko zrobiło się o tysiąc spraw więcej, jak pojawił się rett - doszło do tego jeszcze miliard a gdy pojawiło się drugie dziecko to moja codzienna lista "to do" osiągnęła pierdyliard pozycji. Wczoraj, "wolna" sobota. Co do tej wolności można by mieć różne obiekcje, w każdym razie A. w domu. Dzień się w naszej strefie czasowej zaczyna tak około 4 (teraz po zmianie to już będzie 5) a o jakiejś 6 B. kończy uprzejme nawoływanie o podanie śniadania i albo zaczyna wrzeszczeć albo żałośnie płakać, albo co najgorsze - zaczyna Nią tłuc. Organizm żąda prochów. Wczoraj nie inaczej, na co A. rzecze "Ku..., nawet ten piiii rett wolnej soboty nie uznaje". No cóż, chyba nawet ma w d większe świętości niż niepracująca sobota rett-ojca. Zwlekliśmy zatem zwłoki z łóżek i potem jakoś poszło.
Były dwa spacery, jeden w deszczu, drugi na działkę, w celach szukania wiosny. I obiad był, deserek, drugie śniadanko, bajeczki, śpiewanie piosenek, trzykrotne usypianie, uporczywe nawadnianie, tarzanie się po dywanie z Siorką. Jakieś pomniejsze czynności pielęgnacyjne - leki, ambu, klop, przebieranie oblanej piciem odzieży, ogarnianie czupryny, odgilowywanie nosa, kąpiele, balsamowanie etc. Przy okazji ganiałam za Mniejszą i odradzałam Jej używanie kabla do komputera jako gryzaka i tłumaczyłam, że miska jamnicy to jest miska jamnicy. Potem z nią poćwiczyłam (z przykazu ćwiczeń 4-5 razy dziennie wychodzi mi przy dobrych wiatrach 2-3 max.), pomasowałam Blance rączki, plecki, byliśmy na zakupach, zrobiłam w międzyczasie pranie, złożyłam poprzednie, byłam z psem na spacerze. I tak ok. 19 godziny mówię odkrywczo do męża: "A., Blanka dziś ani chwilę nie chodziła...". Nie pochodziłam z nią. A. też nie. Nie postała nawet chwilę w chodziku. W dupę jeża, w wolny dzień się nie wyrobiliśmy.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.influenceagents.com
Dzień dobry. Jestem studentką WSH TWP w Szczecinie, specjalność: pedagogika wczesnoszkolna i przedszkolna. Piszę pracę na temat: Zespół Retta, i szukając info. na ten temat natrafiłam na Pani świetnego bloga w którym opisuje Pani Wasze Zycie. Chciałabym na ten temat chwilę z Panią porozmawiać mailowo i ująć naszą rozmowę w mojej pracy jeżeli zgodziłaby się Pani. Pozdrawiam i czekam od Pani na jakąkolwiek informację. Mój mail justyna_kruger@wp.pl Pozdrawiam i życzę samych dobrych dni
OdpowiedzUsuńBardzo wolny ten dzień, zmęczyłam się od samego czytania;)))
OdpowiedzUsuńCzas, kiedy dzieje się coś innego niż zaplanowałaś, nazywa się życiem - mało odkrywcze, ale bardzo irytująco prawdziwe. I czasem każdy ma marzenie, żeby dostać choć klika dni zwolnienia od obecności we własnym życiu :)
OdpowiedzUsuńwklejam dowcip
OdpowiedzUsuńakurat jak ulał pasuje;-)
tylko co możesz wziąć jeszcze i oddać???
Jest taki stary dowcip o Żydzie, który przyszedł do rabina, narzekając, że ma
ciasno w mieszkaniu. Żona, dzieci, synowe, zięciowie, wnuki, wszyscy się kłócą,
nie do wytrzymania. Rabin doradził mu: "Mosze, ty kup kozę". Po kilku dniach Żyd
przychodzi załamany: "Teraz to dopiero jest koszmar, nie dość, że ciasno,
wszyscy się kłócą, to jeszcze koza beczy, brudzi, bałagani". Rabin doradził
więc: "Mosze, ty sprzedaj kozę". Po kilku dniach Żyd wraca szczęśliwy: "Dzięki
ci, Rabe, cisza, spokój, czysto, mnóstwo miejsca..."
czasem stoję w środku dnia i myślę i strach, bo wiem że na pewno o czymś zapomniałam, tylko już nawet nie pamiętam o czym...
OdpowiedzUsuń