Łzawy scenariusz jakich wiele: piękna ona, łysy on, feromony załatwiają sprawę, perfekcyjny ślub, jeszcze bardziej perfekcyjne mieszkanie na kredyt, niedziele w galeriach, poranki przy kawie i dwie kreski na teście. Radość, euforia, maciupcie buciki, róż, róż, lila róż. Potem powitanie, zapach mleka i otumaniająca miłość. W końcu pierwszy uśmiech, drugi ząb, trzecie gile w tym miesiącu. Wszystko tak jak być powinno. I nagle strzał prostu w serce, bez ostrzeżenia, bez możliwości rewanżu. Małe różowe puchate zapada się w sobie, z dnia na dzień traci chwyt, spokój, swoje słodkie "mammma", "baba" i wszystko inne oprócz urody. Tracisz Ją, kawałek po kawałku. Nie wiesz jak to się nazywa, przekonujesz cały świat, że Ci się nie wydaje. Przeżywasz ten dramat każdą komórką ciała. Ale życie leci dalej, musisz ogarnąć kwestie techniczne, masz dziecko, nikt Ci nie da prawa by strzelić sobie w łeb, nie ma tak łatwo.
Zaczynasz myśleć inaczej - Ona jest chora, jest niepełnosprawna. Stajesz przed przygodą życia i myślisz od czego by tu zacząć błądząc we mgle. Nikt Ci nie powie, nie licz na to. Żaden urząd, infolinia ani babcia na dworcu, nikt. Jedyną wiedzę zbierasz okruchami od rodziców z branży, a na pewno trafisz na takich, którzy pokażą co po kolei, z kim i gdzie. Oni rozumieją. Wiedzą, że nie wszystko wujek Google ci powie i wiedzą doskonale, co to znaczy gdy nagle lądujesz na Marsie i masz się nauczyć tam żyć, z dnia na dzień. Spotkasz na swojej drodze też takich, którzy Ci powiedzą "Bujaj się, mam swoje chore dziecko, nie będę Ci pomagać, bo mi nikt nie pomógł" albo "Czemu mam Ci pomóc, to zmniejsz szansę mojego dziecka na cośtam".
Już-nie-taka-mała różowa i mniej-puchata ma zaraz 7 lat, ja 6 lat w branży. I wciąż zadziwia mnie totalny brak informacji, znieczulica, mikro-ilości ludzkiej chęci do potraktowania nas jak ludzi a nie przypadek nr tysiąc trzysta dwa czterysta, który trzeba zaksięgować, wykazać czy odpykać. Nikt nic nie wie, Pani pójdzie tu, tam, zapuka, przerosi, że żyje. Dostajesz chore dziecko, a zamiast walczyć o to, żeby na nowo dało się żyć, ba! a nawet z tego życia cieszyć, musisz prosić,wyszukiwać, kombinować, płaszczyć się, szarpać, tłuc, przepraszać, że robisz kłopot i za to, że Ona jest niepełnosprawna. Są wyjątki, spotkałam na swojej drodze kilka, ale one tylko potwierdzają cholerną regułę, że nikt nie powie Ci na początku (ani też później): "Masz chore dziecko, nie możesz i nigdy nie będziesz mógł/mogła tego, tego i tamtego. Ale możesz TO albo TO. Opcje są takie...". Bo jakieś opcje są zawsze, mimo, że czasem może wydawać się, że nie ma żadnej.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.swiatzabawek.pl
Taka sytuacja niestety dotyczy nie tylko przypadku rodziców chorych dzieci. Jakoś za mało bezinteresownej życzliwości w nas jest. Jakoś w tym codziennym wyścigu po lepsze jurto gubimy czasem serce i rozum. A czy czujemy się z tym dobrze? Chyba jednak nie. Chyba nie wszyscy.
OdpowiedzUsuńNa szczescie nie i nie wszyscy. Napisze kiedys o tych niesamowitych osobach, ktore przywracaja wiare w czlowieka; o naszym Hospicjum, o Panu od karty parkingowej i tym od transportu z Urz.Miasta. Napisze o nich, obiecuje! :)
UsuńNapisz, napisz koniecznie :) Niech ci gorsi mają do kogo równać. Niech ci lepsi wiedzą, że bezinteresowna pomoc to nie jest "frajerstwo". Spotykajcie na swojej drodze jak najwięcej tych wspaniałych "przywracaczy" wiary w człowieka, bo oni są, tylko czasem trudno ich dostrzec zza wypasionych bryk, szerokich karków i innych atrybutów różnej maści ludzkiej miernoty.
UsuńInne dziadostwo nas męczy, ale jest podobnie: jak nie wywalczę, nie wyszarpię, nie wynegocjuję, nie wyszukam... nie ma. Absurdy systemu w stylu: z dzieckiem jest optymalnie źle- trzeba czekać; z dzieckiem jest tak, źle, że o bardzie trudno- pomożemy. Na moje pytanie: nie lepiej zapobiegać? Jakieś środki pomiędzy stanem jeszcze nie tak źle- a stanem alarmowym? Nie ma, trzeba czekać.
OdpowiedzUsuńJakby nie było trzymam za was kciuki i kibicuję :)
A pomyślcie jak trudno było tym sprzed ery internetu;) Znikąd pomocy;P Teraz stosunkowo łatwo wyszukać ludzi, którzy mają zbliżony problem i wyłuskać z nich pomocników:)) albo wyguglać sobie, co o danych objawach piszą w innych krajach (o ile zna się język).
OdpowiedzUsuńZastanawiam się, jak długo jeszcze ta znieczulica będzie się rozprzestrzeniać. To nie ptasiej grypy, nie rządów PIS powinniśmy się bać. Strach największy przed tym, jak człowiek zmienia się w nieczujacy, niemyślacy głaz. I takie skamieniałe społeczeństwo to wizja gorsza niż niejeden już "przewidziany" koniec świata...
OdpowiedzUsuń