Nasz chwilowy reset w
domu szybko przeistoczył się w całkiem poważną sprawę pt.
zapalenie oskrzeli u B. i to samo u Mniejszej, tyle, że chwilę
później.
B. leci drugą serię zastrzyków a Mniejsza antybiotyk w
syropku. I tu zaczyna się farmaceutyczny kabaret, bo myślałam, że
jestem z tych raczej zorganizowanych jednak liczba
cuksów/zawiesin/oklepywań/inhalacji i tym podobnych czynności
doprowadziła mnie już ostatnio do pewnej histerii. Dodać trzeba, że z moich
dwóch tylko ta większa nie jest zbyt asertywna,
Mniejsza z kolei mówi lekartstwom i procedurom medycznym stanowcze
„ne-ne”. Wszystko to wygląda mniej więcej tak:
1) B. zastrzyk w
południe, rano i wieczorem leki na padaczkę (sztuk trzy, w tym jeden syrop),
probiotyk, antygrzyb, krople wykrztuśne, syrop na kaszel, leki od
gastrologa. W międzyczasie inhalacje, oklepywania, no i, żeby nie
zapomnieć, że probiotyk dwie godziny po antybiotyku, lub przed,
antygrzyb też tak jakoś, już nie pamiętam, plus witamina C,
omegi a wieczorem lek nasenny. Oraz różne inne w razie „W” - przeciwgorączkowe, na bóle, coś tam jeszcze, oraz odsysanie gili, bo B.
sama nic nie wydmucha, oraz woda morska w nozdrza, a psik w gardło (2-3 razy dziennie).
No i przecież B. ma napady (w infekcje i w pełnie tym bardziej),
więc tlen, ambuś, wlewki. A, i trzeba pilnować by przy tym wszystkim piła i to dużo, a Ona przecież nie pije, bo nie lubi i kropka.
2) Mniejsze – dwa
razy dziennie syropek z antybiotykiem (przypominam, że „ne-ne”),
probiotyk, antygrzyb, witamina C, syrop na kaszel, inhalacje
(w klimacie „Ratunku, mordują!!!”), oklepywania (też „ne” za bardzo),
omegi oraz wit. D. i woda morska do nosa.
Wszystko to można by
było robić razem tylko pomnożone razy dwa,
c'nie? No nie za bardzo albo w idealnym świecie. Bo przecież to jest tej woda do nosa, a ta tamtej, ta teraz
antygrzyb a ta nie może teraz bo zaraz ma zastrzyk, ta już brała a
ta chyba nie. Telefony do A. pt. „a dawałeś...?” są już na
porządku dziennym i najgorsze, że A. czasem za długo się
zastanawia czy dał, co i której.
Jednym słowem jestem
właśnie w trakcie swojej pierwszej macierzyńskiej szkoły
przetrwania. Maraton przez duże "M", takie duże jak ma Mcdonalds. Bo każda matka, ojciec wie jak jest - jak dzieci chore to marudne, jak cierpiące to
wyją, jak kaszlą to nie śpią, jak nie śpią to marudne i wracamy
do punktu wyjścia. Mam nadzieję, że jeszcze ten tydzień, albo
ciut dłużej i wrócę z tej misji jako licencjonowana
rett-leko-matka dwojga córek po zapaleniu oskrzeli :)
A.
Moja Ty Bohaterko! Ja sobie zapisuję w kalendarzu godzinę i dawkę każdego podanego leku oraz temperaturę. W przeciwnym razie wpadłabym w paranoje (dałam? nie dałam?) a ja mam tylko (aż) jedną... I tez przy chorobie mam poczucie, że nic tylko odsysam, oklepuję, czyszczę gilociąg, karmię, poje leki daję, a Ty bidulo podwójnie. Masz u mnie order z kartofla!
OdpowiedzUsuńPrzecie ja tego też nie z głowy, tylko z lodówki, tam jest rozkład jazdy. Jaka ze mnie bohaterka, słyszałam, że i trójkę można mieć chorych na pokładzie i przeżyć ale nie wiem czy to prawda :D
UsuńSłabo to widzę. A Ty nic nie złapałaś od dziewczyn, to byłby ewidentnie koniec świata!!
OdpowiedzUsuń