czwartek, 26 listopada 2015

Z pamiętnika leko-matki

Wydawało mi się, że po ponad 16 miesiącach w składzie 2+1 już wiem czym to pachnie. Ale nie, nie. Nie widziałam. Pierwszy spacer z dwoma, karmienie na dwie ręce i dwie paszcze, to czy tamto to tak naprawdę słodka ułuda podwójnego macierzyństwa, a najprawdziwsza prawda o tym jak jest wyłazi gdy chorują. Obie. Naraz. Tak...
Nasz chwilowy reset w domu szybko przeistoczył się w całkiem poważną sprawę pt. zapalenie oskrzeli u B. i to samo u Mniejszej, tyle, że chwilę później. 
B. leci drugą serię zastrzyków a Mniejsza antybiotyk w syropku. I tu zaczyna się farmaceutyczny kabaret, bo myślałam, że jestem z tych raczej zorganizowanych jednak liczba cuksów/zawiesin/oklepywań/inhalacji i tym podobnych czynności doprowadziła mnie już ostatnio do pewnej histerii. Dodać trzeba, że z moich dwóch tylko ta większa nie jest zbyt asertywna, Mniejsza z kolei mówi lekartstwom i procedurom medycznym stanowcze „ne-ne”. Wszystko to wygląda mniej więcej tak:
    1) B. zastrzyk w południe, rano i wieczorem leki na padaczkę (sztuk trzy, w tym jeden syrop), probiotyk, antygrzyb, krople wykrztuśne, syrop na kaszel, leki od gastrologa. W międzyczasie inhalacje, oklepywania, no i, żeby nie zapomnieć, że probiotyk dwie godziny po antybiotyku, lub przed, antygrzyb też tak jakoś, już nie pamiętam, plus witamina C, omegi a wieczorem lek nasenny. Oraz różne inne w razie „W” - przeciwgorączkowe, na bóle, coś tam jeszcze, oraz odsysanie gili, bo B. sama nic nie wydmucha, oraz woda morska w nozdrza, a psik w gardło (2-3 razy dziennie). No i przecież B. ma napady (w infekcje i w pełnie tym bardziej), więc tlen, ambuś, wlewki. A, i trzeba pilnować by przy tym wszystkim piła i to dużo, a Ona przecież nie pije, bo nie lubi i kropka.
    2) Mniejsze – dwa razy dziennie syropek z antybiotykiem (przypominam, że „ne-ne”), probiotyk, antygrzyb, witamina C, syrop na kaszel, inhalacje (w klimacie „Ratunku, mordują!!!”), oklepywania (też „ne” za bardzo), omegi oraz wit. D. i woda morska do nosa.
Wszystko to można by było robić razem tylko pomnożone razy dwa, c'nie? No nie za bardzo albo w idealnym świecie. Bo przecież to jest tej woda do nosa, a ta tamtej, ta teraz antygrzyb a ta nie może teraz bo zaraz ma zastrzyk, ta już brała a ta chyba nie. Telefony do A. pt. „a dawałeś...?” są już na porządku dziennym i najgorsze, że A. czasem za długo się zastanawia czy dał, co i której.
Jednym słowem jestem właśnie w trakcie swojej pierwszej macierzyńskiej szkoły przetrwania. Maraton przez duże "M", takie duże jak ma Mcdonalds. Bo każda matka, ojciec wie jak jest - jak  dzieci chore to marudne, jak cierpiące to wyją, jak kaszlą to nie śpią, jak nie śpią to marudne i wracamy do punktu wyjścia. Mam nadzieję, że jeszcze ten tydzień, albo ciut dłużej i wrócę z tej misji jako licencjonowana rett-leko-matka dwojga córek po zapaleniu oskrzeli :)

                                                                                             A.

3 komentarze:

  1. Moja Ty Bohaterko! Ja sobie zapisuję w kalendarzu godzinę i dawkę każdego podanego leku oraz temperaturę. W przeciwnym razie wpadłabym w paranoje (dałam? nie dałam?) a ja mam tylko (aż) jedną... I tez przy chorobie mam poczucie, że nic tylko odsysam, oklepuję, czyszczę gilociąg, karmię, poje leki daję, a Ty bidulo podwójnie. Masz u mnie order z kartofla!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecie ja tego też nie z głowy, tylko z lodówki, tam jest rozkład jazdy. Jaka ze mnie bohaterka, słyszałam, że i trójkę można mieć chorych na pokładzie i przeżyć ale nie wiem czy to prawda :D

      Usuń
  2. Słabo to widzę. A Ty nic nie złapałaś od dziewczyn, to byłby ewidentnie koniec świata!!

    OdpowiedzUsuń