Tyleśmy się nacieszyli... Cały jeden dzień po naszym świętowaniu wolności od jazd padaczkowych wszystko buchnęło na nowo. Jeszcze nie wiem, czy na stałe czy to kwestia tej cholernej pełni i chwilowy spadek formy, w każdym razie B. w domu, tlen był, wszystko było i po staremu: adrenalinka hula w żyłach cobyśmy nie zdziadzieli już do reszty i nie obrośli pluszem w tym naszym recie. Także tak o...Przykro trochę, nie powiem. Że też powrót do rzeczywistości zawsze musi być tak brutalny. Z drugiej strony ten nasz miesięczny wyskok bez-bezdechowy (nie napiszę, że bez-napadowy, bo B. napady ma codziennie, mniejsze, większe, ale cała gra idzie o te zagrażające Jej bezpośrednio czyli z zatrzymaniem oddychania), dał mi coś bezcennego a mianowicie odkrycie, że się kurde da. Da się! Żyć normalniej, spokojniej, w ogóle - żyć (z rettem samym w sobie to się da i to nawet całkiem fajnie, gorzej z tą małpą epi). Także płakać nie mam zamiaru i walczymy dalej bo w naszej sytuacji nie ma "wszystko albo nic" bo zawsze byłoby nic. Jeden dzień napadowy zjazdu padaczkowego nie czyni (czasem tak, ale za wcześnie by wyrokować) więc na wagę złota jest każda godzina czy dzień spokoju, każda maleńka zmiana na lepsze, każdy maciupki sukcesik. Nie mam zamiaru się poddać, nie tak szybko i nie przez jedną parszywą pełnię.
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.fanpop.com
Dumam i dumam przed ekranem kompa, co tu napisać, żeby banałem nie pojechać... że to tak koszmarnie niesprawiedliwe :( że trzymam kciuki, żeby się nie powtarzało, że kibicuję Wam na całej linii!!!
OdpowiedzUsuńEch :-(
OdpowiedzUsuń