Jesteś rett-matką, musisz mieć dupę ze stali, kręgosłup z tytanu i serce ze złota. A ważysz na przykład pięćdziesiąt parę kilogramów, trochę za mało jak na te wszystkie metale ciężkie i wytrzymałe. I co? Coś musi szwankować...Wpisałam z głupia frant "dźwiganie osoby niepełnosprawnej" w googla i od razu dostałam diagnozę - choroba przeciążeniowa kręgosłupa opiekuna osoby niepełnosprawnej. No nie ma lepszego lekarza niż internet, zawsze tak uważałam. W każdym razie to czego oczekiwałam dostałam - poczucie, że nie ja jedna na tym świecie złożyłam rettowi (czy innemu tam) swój kręgosłup w ofierze. Bo i pisali, że to groźne (ooo...), że lekarstwo to dać sobie pomóc i nie szarżować (o-o-o-o, cytując Lady Pank) a na forumie dla połamanych opiekunów można było wyczytać jeszcze różne inne takie o-ciekawostki. Oprócz tego, że oni też cierpią w tym internecie na plecy to ja osobiście doszłam właśnie do takiego punktu, że ból, mrowienie, drętwienie, dyskomfort, ciągłe pobudki w nocy przez te sztywnienia i boleści stały się moim chlebem powszednim.
I nie chcę tu słyszeć tego co zawsze - na basen, na jogę dla seniorów, do lekarza, na reha etc. Byłam, zdiagnozowałam, prochy w razie W dostałam, ćwiczę (czasem, jak zdążę albo od poniedziałku), na basem jeżdżę (fakt - zwykle jako boja Blanki, ale co zrobić, A. musi ganiać za Mniejszą), o dietę dbam i wszystko, wszystko, wszystko. Tylko jest jeden zonk. Dalej, cały czas i w dużym natężeniu robię dokładnie to co moje wszystkie kręgosłupowo-kończynowe problemy powoduje. Czyli dźwigam Blankę.
Jak ktoś nie jest z branży to zapewne myśli, że człowiek niepełnosprawny niechodzący (czy chodzący ale wymagający ciągłej asysty) to jest taka historia, że rano wrzuci się go na wózek, wieczorem zdejmie i ma się z bańki. No nie jest tak do końca... Jak kiedyś próbowałam je policzyć to wychodzi mi nawet kilkadziesiąt manewrów dziennie - bo gdzie indziej się je, potem się trzeba umyć, położyć, usadowić w samochodzie, potem na wózku, zdjąć z wózka, potem umościć znów w samochodzie, następnie trzeba się wnieść na to cholerne ##@^*!@%^$!! pierwsze piętro, wpiąć i wypiąć z pionizatora, dźwignąć na łóżko, przebrać, wrzucić na fotelik rehabilitacyjny, do wanny, z wanny, na kolację, do łóżka... Przy okazji czasem się ponosi Mniejszą, wniesie zakupy, podniesie trzy tony prania, zegnie, dźwignie i tak w koło. Większość czasu w tygodniu to wszystko robią moje plecy, tylko w weekendy trochę odpoczywają. I to jest powiem szczerze miazga.
Wiem, że z biegiem moich lat i Blanki kilogramów lepiej nie będzie. Moje dyskopatie też nie znikną, sił nie przybędzie, a B. nie poczuje bluesa do biegania po schodach. Więc morał jest taki, że mi z tego powodu bardzo przykro i muszę iść się rzucić na dywan na jakąś jogę, bo mi już ręka od klepania w klawiaturę drętwieje. Bossszzz, SKS...
A.
Grafika pochodzi ze strony: www.natemat.pl
Ała... a nie macie szans na jakąś windkę zafundowaną przez PFRON np? W poprzednim mieszkaniu sąsiedzi taką mieli, dziewczę na wózku był duże (15 lat przynajmniej), a oni na 2 piętrze rezydowali i pewnego dnia pod balkonami pojawiła się winda, a nawet ścieżka do niej :)
OdpowiedzUsuńA podnośnik transportowy nie wchodziłby w grę? Mam taki wehikuł od Vermeirena i kręgosłup jak na razie w zadowalającej formie, tylko cała procedura trochę dłużej trwa. Może udałoby się na początek gdzieś go wypożyczyć?
OdpowiedzUsuń