Od 6.00 rano mogę wszystko - iść na grzyby, ryby, skoczyć na solo z rettem, po dobranocce natomiast jedyne co mogę to być marudna i patrzeć tępo w ścianę. Tą naturalną w sumie dobową aktywność podbił sposób funkcjonowania Blanki retta, bo od samego regresu mamy nocne jazdy, wstawanie ok. 5 i to po kilku pobudkach. Ja była mniejsza to dodatkowo wyła, oglądała bajki, jadła i piła, teraz natomiast tylko obwieszcza światu, że nie śpi więc nie wypada by spał ktokolwiek inny. W dużej mierze ma to związek z Jej padaką, niestety. Więc u nas jest tak, że ogromna większość jazd epi kumuluje się przed podaniem leków (czyli ok. godziny 6.00 i 18.00). Próbowaliśmy sobie przetłumaczyć wszelkimi możliwymi sposobami, że leki we krwi nie wypłukują się tak szybko, że niemożliwe, by 15-minutowe spóźnienie z podaniem tych trucizn prawie zawsze dawało w zamian jakiś padaczkowy dramat.Ale jak tu dyskutować z czymś, co przypadkiem przez 6 lat potwierdza regułę - spóźnisz się z lekami, napad gotowy.Rano jakoś sobie z tym radzimy, mimo, że rett nie uznaje ani niedzieli, ani święta a tym bardziej wakacji. Wstajesz, bo wiesz, że będzie jazda a wtedy masz jeszcze więcej stresu i roboty. Max. do 7.00 udaje nam się czasem Pannę przeciągnąć. Wynika to też z poza-wakacyjnego trybu życia - ok. 6.30 A. i B. wstają, bo przedszkole i praca. To, o której mają się zwlec z wyra to jedno, a to o której budzi się B. i krzyczy na nas, że "wstawaj, szkoda dnia" to już zupełnie inna historia. Gdyby nie to, że konsekwencją opieszałości jest od razu napad pewnie leżałaby w łóżku i tłukła kolejny odcinek Gesslerowej albo jakąś Modę na Sukces czy co a my sobie smacznie spali z poduszkami na głowie. Ale co zrobić, taka karma, rano na pół-śpiochu zniesie się wiele. A wieczorem?
Wieczorem jest dupa... Najmocniejsze napady u Blanki są zwykle w okolicach godziny 18.00 albo chwilę przed. Dajemy więc leki, co czasem napad w zarodku ubije, a czasem nie a B. odlatuje, by potem wstać ok. 21.00 i rządzić. Wiele razy próbowaliśmy Ją "poprzesuwać" ale przysięgam, że się nie da, bo działa tu dodatkowy czynnik - nasz strach, z którym się raczej nie dyskutuje. Chodzimy jak roboty, obiad się zje później, wszystko się zrobi później, ale leki muszą być bo już za chwileczkę, już za momencik... Ambuuuuś!!! To nie jest wróżenie z fusów, bo jak zrobi się jakaś 18.30 a leki dalej nie dane, to B. robi się sztywna, sina i znów baja bongo. To już siedzi w nas i ciężko ten lęk pokonać.
Ale mierzyć się trzeba i nie ma na nie innego sposobu. Ostatnio dyskretnie próbujemy nie być na tip-top punkt 6 wieczorem. Przedwczoraj dajmy na to, odezwał się nam 30-letni duch w zgrzybiałych ciałach i głowach, zapakowaliśmy leki, ambu, pieluchy, wodę i inne duperele i ruszyliśmy na piwo. Pół czasu piwnego relaksu zajęło oczywiście Jej karmienie, opluła co się dało, ale leki zjadła i o dziwo nie miała napadu; wróciliśmy do domu ok. 19.30 i poszła grzecznie spać. Wczoraj idąc za ciosem pojechaliśmy do Biegunki (jak to mawia Mniejsza, czyt. - Biedronki) po zakupy, wróciliśmy grubo przed 19.00 i napad był jak ta lala, trzęsące się ręce miksujące kolację też i ogólna wieczorna... biegunka. Z tego wszystkiego i mimo wszystko płynie następujący wniosek: życie po 18.00 istnieje! Rzadko doświadczam, ale przedwczoraj i wczoraj widziałam na własne oczy :D
A.
Grafiki pochodzą ze stron: hesabdarijam.blogfa.com i www.muthead.com

Wymiatasz Dziewczyno:)))
OdpowiedzUsuńWymiatasz Dziewczyno:)))
OdpowiedzUsuń