wtorek, 20 września 2016

Pomoc? To nie dla mnie

W żadnej sferze życia nie osiągnęłam takiej asertywności jak w odmawianiu przyjęcia pomocy. Nie, dziękuję, uśmieszek, dam sobie radę, miło, że Pan/Pani pyta. Tyle i kropka. W innych kwestiach wiję się jak nie wiadomo co, bo jak to tak powiedzieć "nie" i urazić kogoś, ale jak ktoś pyta czy mi nie pomóc to automatycznie, nawet bez wpuszczania tej opcji do mózgu mówię "dziękuję, nie trzeba". 
Wczoraj to samo, dzień jak co dzień - jedna płynąc na fali ortalionu swojej i mojej kurtki leci mi z każdym schodem przez ręce plując mi do tego za kołnierz, druga chce na rączki i wpada w rozpacz, gdy słyszy, że mama nie ma cieciej ląćki, bo ma dwie. Na plecach plecak z rzeczami ze szkoły, u nogi - pies i damska torebusia z kluczami, portfelem, telefonem. Sąsiadka pyta już prawie na górze czy mi pomóc, wiadomo co ja - nie, nie, serdecznie dziękuję, uśmiecham się rozbrajająco usiłując poprawić sobie włosy i okulary bez użycia czegokolwiek. Nie potrzebna mi przecież żadna pomoc. 
Moja Mama twierdzi tak jak zresztą 99% wszystkich pozostałych, że to już totalny zgon mojego instynktu samozachowawczego, ale nie jest tak do końca. Więc dlaczego ja z zasady nie powiem: "o tak, tak, proszę mi tu przytrzymać pieska, tą panienkę co udaje strusia i chowa głowę w schody podnieść pod same drzwi a tamtą co znikła właśnie za horyzontem proszę uprzejmie dogonić"?
  • bo to niepraktyczne
Skoro latami doprowadzam do perfekcji sztukę robienia wszystkiego sama, to mam swoje sprytne chwyty. To w tej ręce, tamto w tamtej, tak a nie inaczej. Najpierw ta noga, potem tamta, pierw jedna laska, potem druga. W pozornym chaosie moich działań kryje się mocno przemyślana strategia. Cel jest taki - dotrzeć do domu po schodach ze szkoły, ze spaceru itd. Gdy w połowie drugiej serii schodów zjawia się sąsiadka i chce pomóc, to jest pewne, że próba wypuszczania czegokolwiek skończy się wypadkiem. Wiem, próbowałam. Kiedyś pewna Pani chciała mi wyrwać torebkę z rzeczami Blanki i mało wszystkie trzy plus chcąca pomóc nie poleciałyśmy ze schodów na sam dół. Jakby ktoś do pomocy pomógł mi się zabrać z samochodu, ew. z dołu, to ok. Ale w połowie drogi pozostaje już mi tylko brnąć do światła, czyli drzwi do domu.
  • nienawidzę czuć się wdzięczna
Zwykłe "dziękuję" zawsze mi się wydaje za mało, świadomość, że ktoś nie oczekuje rewanżu też nie wystarcza. Zawsze czuję, że trzeba coś temu komuś, za to, że on mi coś kiedyś... Nie mam głowy na pamiętanie co ja komuś powinnam, poza tym nie mam na to czasu. Mogę się jedynie słodko uśmiechnąć :)
  • nie umiem przyznać się do słabości, bo za słabością z zasady nie przepadam
Co to ma być, że się nie da. Wszystko się da, tylko trzeba chcieć. 
  • jestem zakładniczką poczucia odpowiedzialności za moje dzieci i mojego retta
Niestety... Nie umiem dzwonić, prosić, nakłaniać. Nie umiem wymagać od kogoś by poczuł się choć w milimetrze odpowiedzialny za mój cyrk. Ani od rodziny, najbliższych, ani od nikogo obcego - nawet jak oferuje pomoc. Czuję się z tym niekomfortowo, naprawdę.
  • nie CHCĘ prosić ani przyjmować pomocy (nie umiem pewnie też)
Taką mnie Bozia stworzyła... Jak naprawdę jestem pod ścianą to to zrobię, dla dobra dzieci. Ale dla dobra swojego własnego to naprawdę rzadko. Tak zostałam wychowana, tak mam zakodowane - żeby polegać na sobie i dać radę.
Ma to swoje dobre i złe strony. Wczoraj byłam tak zajechana, że od 19.00 gapiłam się już tylko w ścianę.

                                                                                          A. 

Grafika pochodzi ze strony: www.chmurak.pl

1 komentarz:

  1. Bo jak dzisiaj sobie nie poradziłam i skorzystałam z pomocy, to jutro nawet nie spróbuję dnia bez pomocy zacząć ;) tak mam :P MASAKRA!!!

    OdpowiedzUsuń