piątek, 25 listopada 2016

Po co, na co, dlaczego?

Przestałam się już katować książkami o zbyt ambitnej treści i angażującymi emocjonalnie na rzecz tych co ładnie, lekko i z happy endem. Robię jednak zawsze wyjątek dla mojego ulubionego autora E.E. Schmitta (którego książki bywają pewnym emocjonalnym wyzwaniem), bo mam do niego odwieczną słabość i pewnym jest, że jak coś znów napisze to będę to uwielbiała. Bez względu na fakt czy to coś podoba mi się na zabój (np. "Trucicielka") czy mniej na zabój (np. "Małe zbrodnie małżeńskie"). Teraz zaliczyłam jakąś black wednesday w Matrasie i wróciłam do domu z jego najnowszym dziełem - "Nocą ognia". 
Rzecz wygląda na autobiograficzną, ale nic pewnego czy jest naprawdę. W każdym razie główny bohater o danych osobowych autora książki męczy się i dręczy w samym środku rzucającej piachem pustyni z sobą samym i całym tym swoim jestestwem. Jestem dopiero w 1/3 książki ale widać, że nie będzie łatwo, bo chłop nie wie ani po co mu te studia były, ani co ma ze sobą zrobić jak wróci ani nawet co na tej cholernej pustyni tak naprawdę robi. Podśmiewam się trochę z takich byciowo-nie-byciowych męk i rozważań, bo jak dostałam retta w pakiecie to tak mi one w sekundę przeszły. I wczoraj czytając to jak on bardzo nie wie kim jest i po co pomyślałam sobie, że jemu podobnych są miliony i to wcale nie w książkach. Którzy wstają rano, jadą gdzieś albo idą, klepią w komputer, coś jedzą, znów klepią w komputer, wracają, śpią (albo leżą i kminią o wszystkiego bezsensie), wstają i tak wkoło. Osobiście znam kilku, którzy są autentycznie nieszczęśliwi, bo naprawdę nie wiedzą po jaką cholerę zostali sprowadzeni na tą ziemię. Niektórzy z nich nawet mają dzieci, bo wbrew powszechnie panującej opinii dzieci niekoniecznie są równoważne z sensem naszego istnienia, przynajmniej nie dla wszystkich. 
Także, ten tego. Szkoda gościa. Poczułam się tym samym jak życiowy Rocky Balboa bo mam to wszystko o co niektórzy muszą latami dociekać i walczyć podane na talerzu. Nie muszę zastanawiać się po co ja tu jestem, gdzie zmierzam, co mam robić, czego nie. Bo wiem to odkąd nie tyle urodziłam Blankę, co dostałam razem z Nią retta. Mam zrobić wszystko, żeby Ona była szczęśliwa. To moja misja, cel i sens. I nie musiałam jeździć na Saharę, żeby się tego dowiedzieć. ;))

                                                                                      A. 

Grafika pochodzi ze strony: www.PudelekX.pl

1 komentarz:

  1. Czy ten, kto jedzie na Saharę w poszukiwaniu sensu życia, jest w stanie go znaleźć? Sensu życia nie da się odnaleźć, sens można życiu nadać i Ty należysz na pewno to szlachetnego grona tych, którym się to udało :) A przez ten fakt, bez wątpienia, i życie Blanki na sens, bez konieczności odnajdywania go pośród piasków pustyni.

    OdpowiedzUsuń