Wiadomo, że nasze życie już zawsze w 2/3 będzie wiązało się z miastem. Bo Blanki poprawczak i rehy, bo Mniejszej gimnazja, zajęcia z kung fu i balet. Bo promocje w Biedronce i walka o croksy w Lidlu. Bo w końcu rynek, gołębie i budki z piwem. My (w 3/4 naszego stada, poza A.) to zwierzęta od urodzenia miejskie, które żywią się hałasem i spalinami a na deser hajtają się smogiem. Jednak wszystko ma swój limit. Miasto, owszem, nas nakręca, ale coraz rzadziej - zdrowo... Od jakiegoś czasu coraz wyraźniej widzimy, że ta 1/3 naszego czasu i bycia musi odbywać się z dala od tego zgiełku. Po to, żeby móc złapać oddech i jakiś rozbieg do tej naszej rett-pokręconej codzienności. Żeby Blanka mogła patrzeć na zielone ile tylko ma chęć. Żeby mogła wrzeszczeć o śniadanie bez komentarzy typu "A może by ja zadzwoniła do mopsu, to dziecko im wyje i wyje". Żebyśmy mogli wyjść w gaciach przed pole zboża, wypchnąć po prostu wózek z Blanką, zapalić cygaro i być jak Lewandowscy swojego własnego życia. Bo jak to mówi szampon z reklamy - zasługujemy na to.
Tego właśnie chcę. Dla B., dla Mniejszej i dla nas. Umowa na wnoszenie Blanki na nasze 1 i 1/2 piętro kamienicy zaczyna zdzierać z nas mega haracz. Tak się da jeszcze jedną przepuklinę, dwa zjechane kolana i milion rzuconych w powietrze bluzgów więcej. I tylko tyle.
A więc ja, ciut przerażona i mega zmotywowana, proszę każdego z Was - trzymajcie kciuki, ślijcie w nasze pole pszenicy moc a my zrobimy wszystko, absolutnie wszystko, żeby ostatni nasz plan po zorganizowaniu sobie dwóch pięknych córek i posadzeniu żywopłotu niebawem wypalił! I będziemy wtedy szczęśliwi, cholernie szczęśliwi. My i nasz rett ;)
A.
powodzenia :)
OdpowiedzUsuńTo jest wspaniały plan i (sądząc po zaangażowaniu) ma ogromne szanse na powodzenie!!! Trzymam kciuki!
OdpowiedzUsuń