czwartek, 19 października 2017

Demony (i) matki budzą się w nocy

W naszym recie jest tak, że albo jest dobrze (czyli stabilnie, bez szału ale bez dramatu) albo jest źle. A jak jest źle to potrafi zrobić się w przeciągu kilku minut krytycznie. Mi jest teraz tak fajnie, że sobie zapominam z jakim brutalem musimy się mierzyć i co on potrafi jak się wścieknie. Ale bywało i bywa, że zagrożenie życia jest na wyciągnięcie ręki; u nas to lata napadów o takim nasileniu, że mówiąc krótko traciliśmy już B. wiele razy. Do tego dochodzą zachłyśnięcia, zakrztuszenia czy na przykład infekcje, które nagle okazują się wielonarządowe i prawie nie do opanowania.
I to porażające uczucie utraty kontroli kiedy widzisz, że Ona odlatuje tam a Ty każdą komórką ciała chcesz Ją TU. Ciepłą (a nie zimną), różowiutką (a nie siną jak śliwka węgierka), spokojną (a nie przerażoną) itd. Rosyjska ruletka - wygrasz albo nie. Los sprzyja i wygrywasz, kolejny raz, Ona ląduje pod kablem z tlenem i z głową na Twojej piersi. Sztachasz się Jej zapachem, chłoniesz to, że jest, że wróciła, taka żywa... Taka jak zawsze. W ciągu minut, godzin, dni wszystko wraca do normy. Przynajmniej na zewnątrz.
Pewnych rzeczy jednak się nie odzobaczy, pewnych zapomnieć się nie da. Ktoś kto choć raz tracił swoje dziecko wie o czym mówię. To w nas jest i będzie. Cztery miesiące bez duszącej się w napadzie Blanki to za mało, żebym wrzuciła tryb rett-luz i żyła sobie jak każda inna matka świata. Myślę, że cena jaką zapłaciłam i płacę codziennie to sposób w jaki mój organizm reaguje w nocy. Choćbym nie wiem co wzięła, co wypiła i ile baranów nie naliczyła - obudzę się jak tylko B. stęknie. Bywa, że śpi jak zabita a mi i tak coś każe wstać, podłożyć palec pod Jej nos i upewnić się, że oddycha. To wszystko żniwo tysięcy nocy przekoczowanych w Jej nogach, setek bardzo niebezpiecznych napadów we śnie. 
Niełatwo to zapomnieć... Dotykasz - cała sztywna, włączasz światło - widzisz czarne usta i oczy wytrzeszczone tak, że w sumie powinny wypaść. To mój koszmar... Który mam nadzieję należy już do przeszłości ale jednak czasem znów powraca, i to w nocy, gdy nie ma się kontroli nad lękiem a jedyne co można zrobić to odkopać Ją jak najszybciej spod kołdry i odkryć z ulgą, że spokojnie i miarowo sobie chrapie. Czasem szkoda mi wracać spać, wolę wbić się pod Jej kołdrę i posłuchać najbardziej kojącej pieśni świata - chrapania mojej małej B.

                                                                                          A. 
Grafika: www.thinkoily.com

4 komentarze: